Onet.pl

Publikacja: 01 październik 2007
Wywiadu udzielał: M.DUDA
Rozmawiał: Maciej Stankiewicz

"Jest po co żyć..."

Historia warszawskiego zespołu Riverside to kolejny dowód na to, że w Polsce jak się bardzo czegoś chce, to przy odrobinie wysiłku i talentu można to osiągnąć. Mimo że formacja nie gra muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej, to jednak jej najnowsza, trzecia już płyta "Rapid Eye Movement" dotarła do drugiego miejsca na liście najlepiej sprzedających się albumów w kraju.

Zwieńczeniem sukcesów Riverside była tegoroczna europejska trasa koncertowa u boku legendy progresywnego metalu, Dream Theater, w ramach której zespoły zagrały m.in. w katowickim Spodku. Wokalista i basista Riverside, Mariusz Duda, opowiedział Onetowi o nowym albumie, oczekiwaniach fanów i planach na najbliższą przyszłość.

Jak się czujesz? To chyba pierwszy przypadek w karierze zespołu, że musieliście odwołać koncerty.

Tak, to też pierwsza taka sytuacja w mojej karierze wokalnej, kiedy straciłem głos. Czuję się już lepiej i mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzyć

Skoro jesteśmy już przy tematyce koncertowej, nie mogę nie wspomnieć o tym, że zakończyliście trasę koncertową u boku Dream Theater. Domyślam się, że było to spełnienie Waszych marzeń. Jak podsumowałbyś to tournée teraz, już na spokojnie?

Cóż, całkiem udany zabieg promocyjny [śmiech]. Byliśmy mile zaskoczeni przyjęciem przez Dream Theater, przez ich obsługę techniczną. To jest bardzo profesjonalny zespół, z bardzo profesjonalnym sprzętem i ludźmi, którzy wiedzą, co mają robić. Nikt tam nie traci niepotrzebnie czasu, nie ma zbędnych ruchów. To była dla nas dosyć ważna lekcja. Poza tym traktowano nas jak partnerów, jak gości specjalnych, nie byliśmy pierwszym z rzędu supportem. Bardzo nas polubili, powiedzieli, że jesteśmy jednym z pierwszych zespołów od kilku lat, z którym naprawdę dobrze im się pracowało. Słuchali naszych koncertów. Była taka sytuacja, że podczas jednego z występów Mike Portnoy [perkusista Dream Theater - przyp. red.] siedział z boku sceny i grał pałkami w powietrzu partie Mittlofa. To było bardzo... dziwne [śmiech]. Ta trasa to kolejny krok do przodu w karierze zespołu. Pomijam oczywiście ten nieszczęsny koncert w Katowicach...

Początek trasy rzeczywiście nie był najlepszy.

To prawda. Niestety, nasz ówczesny akustyk nie poradził sobie za bardzo, ale to też nie do końca jego wina. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że są pewne przeszkody techniczne, na które nie byliśmy przygotowani. To było sprzeczne z wcześniejszymi ustaleniami. Wszystko ustawiane było w trakcie koncertu, na sprzęcie, który nie był nam znany. Dopiero następnego dnia, w Berlinie, zlitowali się nad nami i pokazali, co z tym robić.

Przejdźmy do milszych rzeczy - nowa płyta to chyba największy sukces w karierze Riverside.

Jest to na pewno przełomowy moment. Przez jakiś czas byliśmy nawet w czołówce najlepiej sprzedających się płyt w Polsce. Krytycy w kraju i na Zachodzie płytę zaakceptowali, większość słuchaczy również. Frekwencja podczas tej trasy jest dużo lepsza niż podczas poprzedniej. Mamy coraz więcej fanów. To cieszy. Widać, że coś się dzieje i zespół się rozwija.

Moim zdaniem "Rapid Eye Movement" nie przynosi rewolucji, jeżeli chodzi o muzykę.

Ta płyta nie miała przynosić rewolucyjnych zmian, miała zamknąć pewien etap. Miała dopełnić nasz styl i zamknąć trylogię "Reality Dream". Zauważyłem, że niektórym osobom naprawdę ciężko jest zrozumieć, ze to trzecia część trylogii mająca nawiązywać do dwóch poprzednich płyt. "Rapid Eye Movement" jest takim cofaniem czasu; pierwsza część, "Fearless", jest muzycznie bardziej w stylu "Second Life Syndrome". Utwór "Parasomnia" pierwotnie miał nawet roboczy tytuł "Dance With The Shadow II". Druga część, "Fearland", to klimaty podchodzące bardziej pod "Out Of Myself", kończące się nawet tym samym efektem dźwiękowym, którym zaczyna się nasz debiut. Wszystko wraca do początku, błędne koło, "Vicious Ritual". Już z góry było wiadomo, że tytuł albumu ponownie będzie się składał z trzech słów, znowu będzie dziewięć utworów, bo trzy razy trzy daje dziewięć, znowu będzie okładka Travisa Smitha nawiązująca do dwóch poprzednich. Mimo tego uważam, że album i tak broni się jako osobne wydawnictwo - muzycznie jest bardziej heavyrockowo, psychodelicznie, transowo. To różni go od poprzednich płyt. Jeśli zaś chodzi o teksty, poruszam w nich temat dualizmu każdego z nas, w każdym tekście jest mowa o przechodzeniu na drugą stronę.

Muzyczna trylogia to coś, czego wcześniej nikt nie zrobił albo zrobił, ale większość z nas, włącznie ze mną, o tym nie wie [śmiech]. Do głowy przychodzi mi teraz tylko King Crimson z lat 80., czasy płyty "Discipline" - przyznam, że na naszej nowej płycie nawet nawiązujemy momentami do tych "pajączków" rytmicznych. Tam też była podobna stylistyka muzyczna, podobna oprawa graficzna, ale nie było za to jednej historii, a u nas jest! Podsumowując: najważniejsze było, żeby ukończyć trylogię i dzięki "Rapid Eye Movement" patrzeć na nią jak na całość oraz...dopełnić nasz styl. Dopięliśmy swego, bo Riverside na nowym albumie brzmi chyba najbardziej jak Riverside.

Kiedy narodził się pomysł na stworzenie trylogii? Przed pierwszą płytą?

Pomysł narodził się po sukcesie "Out Of Myself", kiedy okazało się, że ludzie, którzy chcą nas słuchać, to nie tylko koledzy z osiedla. Pomyślałem, że można taki temat rozciągnąć na trzy części, ale pod warunkiem, że każda z nich będzie prezentowała inne muzyczne oblicze zespołu, zachowując jednocześnie pewne wspólne elementy. I tak się stało, "Out Of Myself" jest chyba najbardziej natchnione, momentami "neoprogresywne". "Second Life Syndrome" to flirt z progresywnym metalem, a "Rapid Eye Movement", jak wspomniałem, to moim zdaniem najbardziej rockowa, psychodeliczna i najbardziej transowa wyprawa do wnętrza naszego tradycyjnie już miotającego się wewnątrz siebie bohatera.

Czy czułeś jakieś różnice w pracy nad "Rapid Eye Movement" w porównaniu do poprzednich albumów?

Ze względu na fakt, że jest to ostatnia część trylogii, chcieliśmy pracować z tymi samymi ludźmi i tym razem zrobić lepszą produkcję niż przy "Second Life Syndrome". Trochę pomogła nam praca w studiu Toya, gdzie nagrywaliśmy perkusję i bas, ale całość brzmienia to głównie zasługa Roberta i Marty Srzednickich, którzy wnieśli dużo świeżych pomysłów. Nie czułem zbyt dużej różnicy. Może mniejszą presję, bo widzisz, my wiedzieliśmy od początku nagrań, że to będzie płyta, która podzieli naszych słuchaczy. To już jest chyba ten moment w karierze, że nie jesteśmy w stanie wszystkich usatysfakcjonować. Podziały będą zawsze. Z drugiej strony dzięki tym podziałom mówi się o nas coraz więcej. I jesteśmy chyba pierwszym zespołem - jeśli mogę użyć tego pojęcia - progresywnym, który stał się na tyle popularny w Polsce i za granicą, żeby pewnym osobom działać wręcz na nerwy [śmiech]. To cieszy. Jesteśmy dowodem na to, że jak się chce, to można. Mam nadzieję, że wiele nowych, młodych i zdolnych polskich zespołów pójdzie naszym śladem i jeszcze niejednemu skopie tyłek.

"Rapid Eye Movement" ukazał się w Europie w wersji dwupłytowej. Jak Wam się współpracuje z wytwórnią Inside Out, która reprezentuje Wasze interesy na Zachodzie?

Kontrakt obejmuje jeszcze jedną płytę. Inside Out dba o nas i o promocję naszego zespołu. Jesteśmy u nich jednym z priorytetowych zespołów. Pomogli nam między innymi przy trasie z Dream Theater. Dobrze nam się współpracuje. Jeśli zaś chodzi o to dwupłytowe wydanie, które wzbudziło pewne kontrowersje, to muszę coś wyjaśnić.

Ciężko jest będąc w Polsce w jednej wytwórni, a poza granicami kraju w drugiej, zadowolić wszystkich. Plan był taki: w Polsce wydajemy singel "02. Panic Room" z utworami dodatkowymi, a za granicą te utwory znajdą się na wydawnictwie dwupłytowym. Wytwórnia Inside Out jest słynna z tego, że wydaje albumy w kilku wersjach, również w wersji limitowanej, z dodatkowym materiałem. Chcieli mieć coś więcej niż tylko utwory z singla, które, powiedzmy szczerze, każdy może sobie ściągnąć z Internetu. Początkowo mieliśmy tam umieścić materiały wideo, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Mieliśmy w zanadrzu jeszcze dwa fragmenty utworów, które zaczęliśmy podczas tej sesji. Po ich skończeniu i nagraniu okazało się, że wyszły nam całkiem przyzwoite kompozycje [śmiech]. To wszystko praktycznie działo się, kiedy w Polsce płyta była już wytłoczona.

Jestem bardzo zadowolony z tego dwupłytowego wydawnictwa. Na drugim krążku znajduje się wszystko to, czego nie ma na pierwszym. Płyta się dopełniła, no i w końcu pojawiło się nagranie tytułowe. Nasi fani za granicą nie mieli singla, więc to jest forma rekompensaty. Z drugiej strony to nie oznacza, że te utwory nie ukażą się kiedyś w Polsce. Może będzie kolejny singel? Zobaczymy. Na razie w Polsce wydanie dwupłytowe można nabyć na naszych koncertach.

Wspomniałeś o materiałach wideo. Czy teraz nie jest odpowiednia pora, by nakręcić jakiś teledysk?

Nagrywamy teledysk. Mieliśmy to zrobić znacznie wcześniej, ale na opóźnienie złożyły się pewne okoliczności. Już prawie zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, ale przekonały nas rozmowy z Inside Out. Okazało się, że do krajów takich jak Włochy, Portugalia i Hiszpania nie dotrzemy, jeżeli nie będziemy mieli teledysku. No i sprawa się wyjaśniła.

Mariusz, coś się kończy, coś się zaczyna. Co w Waszym przypadku?

Zaczyna się nowy rozdział w historii zespołu. I mam nadzieję, że nie będzie to kolejna trylogia [śmiech]. Na przyszły rok planujemy trasę koncertową, która obejmie głównie kraje zachodnie, choć na pewno zahaczymy też o największe miasta w Polsce. Mam nadzieję, że uda nam się zarejestrować te występy i zostaną one wydane w formie albumu koncertowego, najprawdopodobniej również DVD. Po trasie weźmiemy się do pracy nad nową płytą. Nie wiem, jak to się dalej wszystko potoczy, lecz mam nadzieję, że jeszcze przez chociaż kilka lat uda nam się na tym pokręconym rynku egzystować. Mamy dużo planów jako zespół, nie ukrywam, że myślę również - jeśli czas na to pozwoli - o jakimś solowym projekcie. Jest po co żyć. Wszystko przed nami.

Kiedy pierwszy raz mieliśmy okazję rozmawiać, jeszcze przed tym, jak podpisaliście kontrakt z Mystic Production, chyba nie przypuszczałeś, że będziecie w stanie utrzymywać się z grania muzyki?

To prawda, jeszcze rok temu nie przypuszczałem, że będzie to możliwe. A teraz muzyka nie dość, że jest moja pasją to jeszcze sposobem na przetrwanie.

Rozumiem, że jesteś szczęśliwym człowiekiem?

Zarówno zawodowo, jak i prywatnie układa mi się bardzo dobrze, więc nie narzekam. Muszę się zgodzić, że to jest najfajniejsza rzecz, jaka może się przytrafić artyście, kiedy może żyć ze swojej pracy. Lepiej trafić nie można.

Dziękuję za rozmowę.