SoNGS - rockmagazyn.pl

Publikacja: 21 styczeń 2013
Autor: Paweł Pałasz
Ocena: 4/5

"Shrine of New Generation Slaves" to już piąty studyjny album warszawskiego Riverside. Do tej pory postrzegałem ich raczej jako podróbkę Porcupine Tree, bardziej niż zespół, któremu warto poświęcić więcej uwagi. Ogromnie zaskoczył mnie promujący ten longplay singiel zatytułowany "Celebrity Touch", brzmiący jak... Deep Purple. Jest w nim sporo z klimatu nagrań tej grupy z lat 70., zwłaszcza w stricte hard rockowym gitarowym riffie, zdublowanym Hammondem. W drugiej połowie utworu jest bardziej progresywnie, ale zaskoczenie - bardzo pozytywne - pozostaje. Zachęcony tym utworem postanowiłem przesłuchać cały album.

Purplowo robi się jeszcze w jednym momencie - w klawiszowej solówce rozpoczynającej się w piątej minucie "Escalator Shrine", brzmiącej jak żywcem wyjęta z "In Rock". Ten 12-minutowy utwór to prawdziwe opus magnum longplaya. Po wspomnianej solówce rozpoczyna się riffowy fragment nieco w stylu Black Sabbath, po którym z kolei rozbrzmiewają delikatne dźwięki gitary, przypominające Pink Floyd. Balladowy początek utworu i mocniejsza końcówka brzmią jednak bardzo typowo dla Riverside.

Muzycy nie zapominają jednak o swojej fascynacji Porcupine Tree. Słychać ją w dwóch pierwszych utworach, "New Generation Slave" i "The Depth of Self-Delusion", łączących w sobie nowoczesne metalowe riffowanie z delikatniejszymi, prog rockowymi fragmentami. Ten drugi utwór to najbardziej chwytliwy fragment albumu, obok "Celebrity Touch". Inspirację zespołem Stevena Wilsona słychać jeszcze w progresywnej balladzie "Deprived (Irretrievably Lost Imagination)", zakończonej saksofonowym solem, a zwłaszcza w przepięknej, akustycznej miniaturce "Coda".

Albumu dopełniają: delikatny "We Got Used to Us", oparty głównie na brzmieniach pianina oraz najmniej przekonujący "Feel Like Falling", momentami brzmiący zbyt radio-friendly, chociaż z ciekawymi instrumentalnymi fragmentami. W wersji rozszerzonej (oraz winylowej) album zawiera dwa dodatkowe utwory, ponad 10-minutowe studyjne jamy: "Night Session (Part One)" i "Night Session (Part Two)". Ciekawiej wypada drugi, wzbogacony saksofonem.

Zaskakująco udany album. Poważny kandydat do płyty roku.