artrock.pl

Mariusz Danielak: Samotność jest „słowem – kluczem” twojego ostatniego albumu i to nie tylko w kontekście warstwy literackiej, ale też i od strony czysto technicznej. Praktycznie samotnie, tylko z pomocą Wawrzyńca Dramowicza, stworzyłeś ten krążek. To ze względu na tematykę celowe założenie?

Mariusz Duda: Tak. Oczywiście kiedy nie wiedziałem jeszcze, o czym będzie materiał, to z góry pozapraszałem kilku gości, ale potem jak wizja płyty mi się skrystalizowała, to pomyślałem, że spróbuję zrobić większość samemu. Na szczęście w studiu nie byłem kompletnie sam. Magda i Robert z Serakosa jak zwykle spisali się fantastycznie i pomogli mi zrealizować wizję, jaką sobie założyłem, był Wawrzyniec, do studia wpadali też chłopaki z Sightsphere, którzy rejestrowali materiał video – na pewno nie czułem się samotnie jak bohater mojej najnowszej płyty.

Pamiętam, jak przy okazji ostatniego albumu Riverside powiedziałeś mi, że "Shrine of New Generation Slaves" to po części twój solowy album. Można powiedzieć, że stajesz się bardzo ekspansywnym twórcą i artystą…

W Riverside zawsze byłem ekspansywny, tylko że wcześniej robiłem to z ukrycia, a teraz mówię o wielu rzeczach na głos. Ale faktycznie coraz pewniej się czuję i tutaj, i w Lunatic Soul, i wydaję coraz więcej płyt – może stąd to wrażenie.

Czy ten najdłuższy okres oczekiwania na nowy krążek Lunatic Soul wynikał tylko z twoich dużych zobowiązań wobec Riverside, grającego w tym czasie swoją największą trasę koncertową, czy jednak także z tego, że tym razem praktycznie tylko ty odpowiadałeś za wszystko?

Przy poprzednich płytach Lunatic Soul także odpowiadałem za wszystko, więc tutaj niewiele się zmieniło. Na pewno dosyć długa trasa Riverside sprawiła, że do studia wszedłem później niż zwykle, ale myślę, że rozłożenie sił było jak najbardziej w porządku.

Mam wrażenie, że tworząc solowy projekt chciałeś sobie udowodnić, że jesteś nie tylko dobrym instrumentalistą, ale i kompozytorem. Zastanawia mnie jednak, jak wygląda to dziś, w kontekście tego krążka? Większą satysfakcję masz ze skomponowania dobrego utworu, czy z umiejętności zagrania go na różnych, często wyszukanych instrumentach?

Zawsze i przede wszystkim najbardziej zależy mi na komponowaniu i na satysfakcjonującym efekcie końcowym. Efekt końcowy musi dotyczyć przede wszystkim całych płyt, nie tylko kompozycji, bo ja zawszę chcę tworzyć albumy, a nie tylko poszczególne piosenki. Z każdą płytą chcę sobie coś udowodnić. Komponowanie jest dla mnie najbardziej satysfakcjonujące, przy czym czuję, że z płyty na płytę rozwijam się też w grze na instrumentach, więc jeśli muzyka na tym nie cierpi, staram się nie ograniczać w tej materii.

Skoro to komponowanie jest dla ciebie najważniejsze to powiedz, w jaki sposób najchętniej komponujesz?

Kocham interakcję, granie z kimś, wspólne wymyślanie –oczywiście pod warunkiem, że nie odbiega to od mojej wizji (śmiech). W Riverside komponuję głównie na próbach z chłopakami, bo lepiej mi się nasza interakcja udziela na myślenie, inspiruje, a w Lunatic Soul większość materiału tworzę w studiu, spontanicznie, ale pod okiem realizatora, który zawsze może na coś nakierować. Czasami owszem wymyślę coś w domu od początku do końca i potem przynoszę na próbę, czy do studia – tak było np. z „In Two Minds”, „The Depth of Self-Delusion”, „Gravestone Hill” i paroma innymi piosenkami, ale większość pomysłów, fragmentów czegoś, zawsze staram się rozwijać i wymyślać w innym miejscu, niż moja własna samotnia i robić to w towarzystwie osób, które z reguły pomagają mi w zobrazowaniu moich wizji.

Wróćmy jeszcze na moment do tej samotności. Samotności z wyboru, bo tak naprawdę jej dotyka album. Inspirowałeś się postaciami Beksińskich i książką Michaela Zielenzigera, która dała też tytuł pierwszej kompozycji na płycie. Czy ty tworząc ten krążek nie czułeś się momentami, jak ci zamykający się w swoich pokojach ludzie? Domyślam się wszak, że proces powstawania albumu to w twoim przypadku setki godzin spędzonych, tak naprawdę, sam na sam z muzyką.

Czułem się. Ja trochę taki jestem, przy czym na płycie poruszam tematy dosyć ekstremalne, kto wie, może w ramach własnej przestrogi, żeby się takim hikikomori nie stać za bardzo?

Ta współczesna samotność z wyboru jest bardzo często ucieczką w świat wirtualny. Porzuceniem kontaktów bezpośrednich na rzecz tych z portali społecznościowych. Także i ty w ciągu ostatnich miesięcy uaktywniłeś się na tym polu. Zapytam wprost: czerpiesz z tego przyjemność, czy raczej traktujesz to jako konieczność zapewniającą artyście ogromne możliwości promocji?

Profil na takim facebooku mam już parę lat, więc ciężko mówić tylko o ostatnich miesiącach. Przy czym kiedyś siły promocyjne były inaczej rozłożone, ludzie odwiedzali jeszcze strony internetowe, fora dyskusyjne. Teraz praktycznie wszystko wchłonęły portale społecznościowe. Jeśli chce się istnieć jako muzyk czy osoba publiczna – trzeba tam być. Byłbym jednak hipokrytą, gdybym twierdził, że robię to tylko i wyłącznie dla promocji zespołów. Lubię interakcję nie tylko w muzyce. Portale społecznościowe to znak dzisiejszych czasów i korzystam z tego. Przy czym staram się zachować umiar i nie wrzucać po 5 postów dziennie z informacją, że jestem głodny, czy że właśnie skończyłem myć zęby.

"Walking On A Flashlight Beam" jest płytą, na której zmieniłeś nieco swoje oblicze. Tym razem odszedłeś w dużej mierze od tak charakterystycznych dla ciebie elementów orientalnych, etnicznych, które pojawiają się, ale w niewielkich ilościach…

Chciałem zrobić nowe rozdanie. Pokazać, że Lunatic Soul może jeszcze muzycznie zaproponować coś innego. Przede wszystkim trzymałem się tematu płyty. Odzwierciedlenie samotności w muzyce wymagało zmiany kilku elementów. Chciałem, żeby płyta była mroczna, momentami wręcz ciężka. Chciałem, żeby miała melodie, ale takie trochę ukryte i niewidzialne, istniejące jakby w kolejnej warstwie. I żeby bił z niej raczej chłód i smutek. Elementy orientalne kojarzą się często z tańcem wokół ogniska, z naturą, z kolorami raczej ciepłymi jak czerwień i żółć czy spokojnymi jak zieleń. A ja potrzebowałem chłodnych dźwięków – padło więc na większą dawkę elektroniki.

Rzeczywiście na płycie jest jej więcej. Chwilami przybiera ona zaskakującą formę, jak w "Cold". Czy słyszane tam przeze mnie odniesienia do współczesnego oblicza Depeche Mode były faktycznie dla ciebie inspiracją?

Depeche Mode cenię sobie od dawna. Słucham ich i lubię. Inspirują mnie tak samo jak masa innych wykonawców, ale to nie jest tak, że komponując tę płytę, słuchałem dużo Depeche Mode, nie.

Krążek kończy kompozycja tytułowa. Z piękną melodyką, klimatem, trochę różniąca się od reszty materiału. Czy także dla ciebie to wyjątkowy utwór na płycie?

We wszystkich utworach na płycie główny bohater jest jeszcze po stronie życia. Ponieważ płyta zainspirowana jest między innymi życiem Tomka Beksińskiego, wiemy, że nie kończy się ta historia zbyt szczęśliwie. Ostatnie dźwięki utworu „Sky Drawn In Crayon” zwiastują zresztą, że za chwilę z naszym bohaterem stanie się coś niedobrego. I tak się dzieje. W ostatnim, tytułowym utworze bohater jest już po drugiej stronie. Nie ma go wśród żywych. Muzycznie chciałem więc przedstawić pewnego rodzaju podsumowanie historii, ale też odejść od dużej ilości mroku i napięcia, jakie w sumie towarzyszy nam przez całą płytę. Myślę, że chyba mi się udało i dzięki temu ten utwór rzeczywiście jest wyjątkowy. Utwór tytułowy jest w pewnym sensie takim łącznikiem między tą płytą a czarnym albumem. Dzięki czemu stworzył nam się prequel do pierwszej płyty Lunatic Soul.

Album jest nie tylko najdłuższy ze wszystkich dotychczasowych lunatycznych rzeczy, ale dodatkowo zawiera drugi dysk. Skąd pomysł na ten dodatek? Opowiedz trochę o jego zawartości.

Chciałem mieć jakiś dodatek wizualny, w którym mógłbym trochę dopowiedzieć pewne rzeczy, wytłumaczyć i pomóc tę płytę lepiej zrozumieć. Udało się to dzięki osobom z firmy Sightsphere, z którą współpracowałem przy okazji nowej płyty Lunatic Soul. Myślę, że to dopiero początek naszej współpracy i takich dodatków będzie coraz więcej.

To na koniec słówko o zewnętrznościach. Po czarnym, białym i szarym przyszedł czas na granatowy kolor okładki, którą łączy z poprzednimi charakterystyczne logo. Na wcześniejszych płytach te kolory miały pewien symboliczny wyraz i odnosiły się do tematyki płyty. Czy tak jest i tym razem?

To wciąż jedna historia, tylko że tutaj poznajemy bohatera zanim jeszcze umarł i trafił w zaświaty. Zimno. Smutek. Czucie się „blue” – wszystko wskazywało na kolor niebieski lub granatowy tym razem. Symbol też musiał być obecny, w sposób trochę bardziej ukryty niż do tej pory, ale jednak to wciąż ta sama historia. Od początku chciałem, żeby okładki Lunatic Soul wyglądały trochę jak seria znaczków. I tak jak wspomniałem, ta płyta to prequel do dyptyku. Teraz kolejność wygląda następująco: 1. Walking, 2. Czarny album, 3. Biały album, 4. Impressions. Kto wie, może na kolejnym albumie Lunatic Soul poznamy bohatera, zanim jeszcze postanowił zamknąć się w pokoju na trzy spusty, zasłonił żaluzje, zasłony i zatopił się w świecie wyobraźni? Jeśli będzie taka płyta, to na pewno wciąż będzie na niej symbol i inny kolor odzwierciedlający stan emocjonalny na danym albumie – może tym razem jakiś cieplejszy?

Wywiadu udzielał

M.DUDA

Rozmawiał

Mariusz Danielak

Data

2014-11-21
  • B Merlin Pickups
  • B Ls
  • B CM
  • B VE
  • B Audio Technica
  • B Czarcie Kopyto
  • B Paiste
  • B V
  • B Ultimate Ears