SEN NA JAWIE

Sen w wysokiej rozdzielczości

Love, Fear and the Time Machine, Eye of the Soundscape

Love, Fear and the Time Machine, Eye of the Soundscape

Początek lata 2014 Mariusz wykorzystał na nagranie czwartej płyty Lunatic Soul. Materiał zatytułowany „Walking on a Flashlight Beam” skomponował na początku roku, między styczniem a kwietniem. W czerwcu korzystając z koncertowej przerwy zarejestrował dziewięć premierowych kompozycji, tym razem prawie nie korzystając z pomocy innych muzyków. Zaprosił do studia tylko Wawrzyńca Dramowicza i skorzystał z jego perkusyjnego uderzenia zaledwie w trzech utworach. Duda mając bardzo precyzyjny pomysł na formę muzyczną i literacki koncept opowiadający o samotności i odcięciu się od świata, tym razem sprawował kontrolę nad całym procesem, począwszy od kompozycji, przez wykonanie, aż po produkcję, w której wsparli go tradycyjnie już Magda i Robert Srzedniccy. „Walking on a Flashlight Beam” ukazała się we wrześniu, zebrała najlepsze w historii Lunatic Soul recenzje i została niemalże jednogłośnie określona najlepszą i najdojrzalszą płytą tego projektu.

Na przełomie sierpnia i września Riverside zagrał kilka koncertów festiwalowych. Wystąpił m.in. w Grudziądzu przed Sabatonem i na „Summer Daying Loud” w Aleksandrowie Łódzkim. W ostatnim kwartale roku przyszedł czas na pracę nad nowym repertuarem. Materiał na szósty album Riverside miał tym razem w całości samodzielnie skomponować Mariusz, który korzystając z bardzo twórczego okresu, ponownie stworzył precyzyjny koncept muzyczno-tekstowy. Już w grudniu zespół dysponował płytą demo, na której znalazło się osiem kompozycji. Pod wieloma względami była to kontynuacja drogi rozpoczętej na „SoNGS” (tworzenie niebanalnych krótszych form, odejście od formatu progresywnej suity, bez szkody dla jakości kompozycji), ale tym razem Riverside sięgał po stylistyczne i brzmieniowe zabarwienie charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych, nawiązując szczególnie do muzyki elektronicznej i alternatywnego rocka. Wszystkie te wpływy i urozmaicenia oczywiście zostały umiejętnie wlane w ramy wypracowanego przez Riverside stylu.

Nagrań dokonano wiosną 2015 roku w studiu Serakos. Pieczę producencką sprawowało zgrane już i świetnie rozumiejące się trio Mariusz Duda – Magda Srzednicka – Robert Srzednicki.

Love, Fear and the Time MachinePra-premiera próbki nowego materiału miała miejsce w czerwcu na zorganizowanym w katowickim Spodku Metal Hammer Fest. Riverside wystąpił tam obok Dream Theater i kilku innych zespołów. W secie znalazły się piosenki „Lost” i „Discard Your Fear” z niewydanego jeszcze wówczas albumu „Love, Fear and the Time Machine”.

Płyta trafiła do sprzedaż 4 września. Po raz pierwszy w historii zespołu na albumie znalazło się aż dziesięć kompozycji, po raz pierwszy nie dłuższych niż osiem minut, składających się w sumie na godzinną porcję muzyki (szósty album, sześćdziesiąt minut, sześć słów w tytule).

Lost (Why I Should Be Frightened by a Hat?) – nostalgiczna, chwytliwa melodia ładnie wprowadza w nastrój nostalgicznego optymizmu, określając tym samym klimat całej płyty. Formalnie na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z prostą, zwartą piosenką, ale kunszt melodyczny, jak zwykle doskonale poprowadzona dynamika i lekkość wykonania znamionują najwyższą rockową klasę. Duda w tekście nawiązuje do powieści „Mały Książe” Antoine de Saint-Exupéry’ego. Świetne solo Grudzińskiego.

Under the Pillow – Prosty rocker wywiedziony z łagodnej gitarowej zagrywki. Duda śpiewa lekko, ale numer naturalnie zmierza ku nieco hardrockowym refrenom. Sporo tu elementów charakterystycznych dla brzmienia Riverside. Powarkują hammondy Łapaja, jest ładne krótkie solo gitarowe Grudzińskiego. Całość wieńczy niedługa, ale bardzo sugestywna partia instrumentalna.

#Addicted – przebojowa, krótka forma, w której zespół umiejętnie bawi się inspiracjami. Z jednej strony refreny nawiązują do charakterystycznych, wysoko śpiewanych melodii w stylu A-ha, z drugiej strony, motorycznie pracująca sekcja przywodzi na myśl dokonania zespołów alternatywno rockowych spod znaku The Cure. Riverside sprawnie przenosi ducha lat osiemdziesiątych w brzmieniowe realia XXI wieku. Tekst odnosi się do obsesyjnych nawyków komunikacyjnych, nieustannego zaznaczania swojej obecności w portalach społecznościowych.

Caterpillar and the Barbed Wire – otwarty masywnie brzmiącym basem czwarty numer na płycie, to jeden z najciekawszych utworów w całym dorobku Riverside. Inteligentna konstrukcja, logiczne przejścia i łączenia kolejnych fragmentów oraz bogata melodyka pokazują coraz większy kunszt zespołu w konstruowaniu dłuższych kompozycji. Umiejętnie zbudowana dramaturgia, nieszablonowo rozegrane refreny i błyskotliwa, dynamiczna partia instrumentalna pokazują Riverside w najwyższej formie kompozytorskiej i wykonawczej. Duda śpiewa o uwalnianiu się z toksycznych i ograniczających układów i relacji.

Saturate Me – Dłuższa forma, chyba najmocniej nawiązująca do starszych dokonań zespołu. Riverside wraca tu do brzmień prog-metalowych i hardrockowych, a dynamiczne partie instrumentalne równoważy łagodnie śpiewający Duda, dla kontrastu silnie eksponujący dobrą melodykę przewodniego tematu. Obok polirytmicznie bijącego Kozieradzkiego mamy tu charakterystyczne partie solowe Grudzińskiego i tradycyjnie już błyskotliwe harmonie Grudnia z Łapajem.

Afloat – leniwy, mroczny, nieco lunatiksoulowy punkt zwrotny albumu. To swoisty środek płyty, oddzielający pierwszą dynamiczniejszą część płytę, od drugiej zmierzającej do wyciszenia.

Discard Your Fear – krótsza forma w której zespół zawarł wiele swoich atutów. Na fundamencie mocnego, wyrazistego rytmu osadzono dobrze wchodzącą melodię. W tle intryguje błyskotliwy dialog Łapaja z Grudzińskim. Mamy tu nośny, „koncertowy” refren, w końcowej fazie cięższą, niemalże metalową partię, w której ciężej uderza Kozieradzki, a gitary Grudzińskiego brzmią zadziorniej. Z resztą Grudzień imponuje w tym numerze sporą różnorodnością brzmień, bo obok rozwiązań charakterystycznych dla alternatywnego rocka, czy metalu, serwuje również krótką partię post-rockową.

Towards the Blue Horizon – najdłuższy, najbardziej zróżnicowany brzmieniowo i najmocniej rozbudowany formalnie utwór na albumie. Najbliżej mu do miana progresywnej mini-suity, zespół jednak nie kopiuje tu konstrukcji typowej dla siebie, wedle której budowane były długie numery z poprzednich płyt. Tym razem Riverside w jedną całość łączy tu delikatną akustyczną balladę z bardzo zadziornym, prog-metalowym fragmentem instrumentalnym, gdzie krzykliwe gitary Grudzińskiego ciosają dźwiękiem na przemian z mocno i progresywnie bijącym Kozieradzkim. Inaczej wykorzystane zostały klawiatury Łapaja, który tym razem nie wysuwa się na plan pierwszy, buduje bardzo sugestywne, narzucające się tło choralymi akordami, nadając specyficzny, mroczny i nieco żałobny nastrój kompozycji. Utwór zdobi jeden z najbardziej nostalgicznych i bezpośrednich tekstów Dudy. Mariusz nawiązuje tu do osobistych wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości, żegna się również ze zmarłym rok wcześniej przyjacielem (Grzegorzem Kokochą) z „węgorzewskich czasów”.

Time Travellers – akustyczna ballada od początku istnienia Riverside była jednym z koników zespołu. Mariusz Duda od zawsze komponował przede wszystkim na gitarze akustycznej, dzięki czemu mógł precyzyjnie konstruować melodie bez zbędnych ozdobników. Regularnie nad tym pracując, doprowadził tę formę muzycznej wypowiedzi do perfekcji. „Time Travellers” to nie tylko najlepsza ballada w dorobku Riverside, ale również jedna z najzgrabniej skomponowanych piosenek w historii polskiego rocka. Osobisty tekst nawiązuje do tytułowego „wehikułu czasu”. Duda tak jak w „Towards the Blue Horizon” wraca do lat dzieciństwa i wczesnej młodości. Wróćmy w świat sprzed trzydziestu lat i uwierzmy, że to był nasz czas…

Found (The Unexpected Flaw od Searching) – To prosta, lekka forma piosenkowa, w której zespół czaruje delikatnością rozwiązań. Ale jest też tu miejsce na ładne solo Grudzińskiego, które ubarwia środkową część kompozycji. Ta napisana pod koniec sesji piosenka miała stanowić powiew optymizmu na finał albumu. Języczkiem u wagi jest tu mantrycznie powtarzany zaśpiew w refrenie: It’s a lovely life. To bodaj pierwsze tak jasne zamknięcie albumu w dorobku Riverside.

Tym razem bez kilkunastominutowych suit, ale i tak z pełną paletą barw, brzmień i nastrojów, zespół zaprezentował wszystkie swoje atuty korzystając głównie z formatu rozbudowanej, różnorodnej piosenki. W gąszczu publikacji dotyczących tej płyty trudno było znaleźć jakąkolwiek niepochlebną recenzję. Dziennikarze muzyczni zgodnie chwalili inteligentną ewolucję Riverside i dopieszczenie wypracowanego stylu. Noty były najwyższe albo bliskie ideału. „Love, Fear and the Time Machine” jawi się jako najlepsza pozycja, jaka ukazała się pod szyldem Riverside – pisał Michał Kirmuć w piśmie „Teraz Rock”. To prawdziwy majstersztyk – podsumował Artur Chachlowski piszący dla „Metal Hammer”.

Album wskoczył na drugie miejsce OLIS w zestawieniu spędzając ponad dwa miesiące, co stanowiło najlepszy wynik Riverside i przełożyło się na najwyższą w historii zespołu sprzedaż płyty w Polsce. W innych krajach zainteresowanie zespołem również znacznie wzrosło (czołówki list bestsellerów w Holandii i Niemczech, wyraźne progresy w zestawieniach sprzedaży płyt m.in. Francji, Belgii, Szwajcarii, Austrii). Muzycy nie mieli czasu na świętowanie sukcesu. W gorącym okresie premiery byli w już trasie, zdobywając nową publiczność w Stanach Zjednoczonych i Ameryce Łacińskiej. Nawet w tak odległych miejscach Riverside mógł liczyć na dobrą frekwencję. W Meksyku i Chile sprzedało się po tysiąc biletów. Muzycy zgodnie twierdzili, że „Time Machine Tour” z jesieni 2016 roku był ich najbardziej udaną trasą. Koncerty dzięki coraz ciekawszej oprawie graficznej i świetlnej zaspokajały nawet najbardziej wybrednych koncertowych bywalców. Tę część trasy wieńczyły trzy polskie koncerty. W Krakowie, Gdańsku i Warszawie czekało na Riverside ponad pięć tysięcy najwierniejszych fanów. Na polskie występy sprzedały się wszystkie bilety, a zespół mógł cieszyć się potrójnym hasłem „sold-out!”.

Ten świetny rok zwieńczył koncert w nowoczesnej hali toruńskiego Centrum Kultury Jordanki, oraz cały bukiet prestiżowych wyróżnień. Riverside rozgromił konkurencję w corocznym głosowaniu czytelników pisma „Teraz Rock”. Zwycięstwo w pięciu kategoriach (zespół roku, wokalista, płyta, utwór i koncert) nie pozostawiało złudzeń. Polscy fani w pełni docenili zarówno najnowszy album jak i sceniczną postawę grupy. Zdjęcia Riverside zdobiły również okładki najważniejszych pism muzycznych (Teraz Rock, Metal Hammer i Lizard).

Rok 2016 zapowiadał się jeszcze lepiej. Zespół miał bardzo ambitne plany koncertowe. W kwietniu czekała go trasa po Polsce, a w dalszej kolejności duża trasa po Stanach Zjednoczonych i Europie. Muzycy jednak nie mieli czasu na ładowanie akumulatorów. Od pierwszych dni stycznia Duda, Grudziński i Łapaj regularnie pojawiali się w Serakosie, by tworzyć nowy album. Tym razem, wyjątkowo bez Kozieradzkiego, gdyż pracowali nad materiałem elektroniczno – ambientowym, kontynuując artystyczną drogą rozpoczętą dziesięć lat wcześniej utworem „Rapid Eye Movement”, rozwijaną później materiałami „Night Session” i „Day Session”. Zespół zaplanował wydanie podwójnego albumu, na którym znalazłoby się miejsce dla starszych kompozycji ambientowych, wcześniej wydanych jako dodatki na drugich dyskach zagranicznych wersji „SoNGS” i „Love, Fear and the Time Machine”, oraz dla czterech premierowych utworów.

Trio pracowało z dużym entuzjazmem tworząc nowe dźwięki pozbawione ram tradycyjnych rockowych kompozycji. Niestety na kilka dni przed zakończeniem prac nad albumem „Eye of the Soundscape” niespodziewana tragedia wstrząsnęła zespołem i tysiącami fanów na całym świecie. 21 lutego zmarł nagle na zator płucny gitarzysta Piotr Grudziński. Wszystkie plany zostały zmienione. Deadline pracy nad płytą przesunięty, a wszystkie koncerty odwołane.

Eye of the SoundscapePrzedwczesna śmierć Piotra Grudzińskiego wstrząsnęła nie tylko jego kompanami z zespołu ale również dziesiątkami tysięcy fanów z kilkunastu krajów. Pogrzeb odbył się 29 lutego. Zespół ogłosił zawieszenie działalności koncertowej na cały rok 2016, ale muzycy obiecali, że mimo tragedii dotrzymane zostaną plany wydawnicze. Prace nad „Eye of the Soundscape” dokończono już bez Grudnia. Na szczęście Piotr zdążył nagrać znakomitą większość zaplanowanych partii gitar, dzięki czemu premierowe utwory – przede wszystkim „Where the River Flows”, czy „Eye of the Soundscape” – jako ostatnie zostały wzbogacone niepowtarzalnym brzmieniem gitary Grudzińskiego.

Rok 2016 minął pod znakiem żałoby, ale z muzycznego punktu widzenia należy odnotować kilka znaczących premier, nominacji i nagród. W marcu „Love, Fear and the Time Machine” otrzymał nominację do Fryderyka w kategorii „Album rockowy”. Głównej nagrody zespół nie otrzymał, ale samą nominacją (pierwszą w historii Riverside) zaznaczył swoją obecność w czołówce polskiej pop-kultury. Kilka miesięcy później miłe wieści przyszły z Wielkiej Brytanii. Opiniotwórczy „Prog Magazine” nagrodził Riverside w kategorii „Utwór roku” za „Towards the Blue Horizon”.

Latem ukazała się pięciokanałowa wersja „Love, Fear and the Time Machine”, z nieco inną, zrobioną, w cieplejszej kolorystyce okładką. W październiku do sklepów trafił „Eye of the Soundscape”. Na dwóch dyskach umieszczono dwanaście kompozycji, około stu minut muzyki. W większości była to kompilacja starszych nagrań z drugich dysków „Rapid Eye Movement”, „Shrine of New Generation Slaves” i „Love, Fear and the Time Machine”, ale języczek u wagi tego wydawnictwa stanowiła w sumie półgodzinna porcja dźwięków premierowych – utwory „Where the River Flows”, „Shine”, „Sleepwalkers” i „Eye of the Soundscape”.

W listopadzie premierę miał album „Breaking Habits” projektu Meller, Gołyźniak, Duda, nad którym muzycy pracowali nieregularnie, z doskoku w wolnych chwilach, już od trzech lat. Płyta ta pokazała inną twarz – bardziej spontaniczną, żywiołową, hardrockową i nieco psychodeliczną – każdego z zaangażowanych w projekt instrumentalistów. Na „Breaking Habits” pojawiło się kilka motorycznych hardrockowych numerów, lekko bluesowych ballad i instrumentalnych odjazdów psychodelicznych. Mariusz oprócz współpracy z Mellerem (ex Quidam) i Gołyźniakiem (m.in. Sorry Boys), powoli planował również kolejną płytę Lunatic Soul.

Tym razem nadmiar wolnego czasu na solową pracę wykorzystał również Michał Łapaj, który kilkukrotnie w drugiej połowie roku wpadał do Serakosa, by po raz pierwszy rejestrować własną, autorską muzykę z myślą o nowym, solowym projekcie. Mittloff z kolei otwierał sklep z płytami winylowymi „Vintage Vinyl”.

W listopadzie ukazała się również oficjalna książkowa biografia Riverside pod tytułem „Sen w wysokiej rozdzielczości”.

Jesienią zespół podał daty pierwszych koncertów zaplanowanych na rok 2017. Riverside pod koniec lutego następnego roku miał zagrać dwa koncerty w warszawskiej Progresji, upamiętniające rocznicę śmierci Piotra Grudzińskiego. Cztery tysiące biletów na oba wieczory wyprzedały się na pniu (bilety na pierwszy koncert rozeszły się w ciągu czterech godzin!). Ruszyły próby, na których pojawiał się Maciej Meller zaproszony przez zespół jako główny gość zespołu i koncertowy gitarzysta.

Od stycznia przygotowania do lutowych koncertów nabrały przyspieszenia. Oprócz Mellera, na próbach stawiali się również Mateusz Owczarek, gitarzysta Lion Shepherd i saksofonista Marcin Odyniec, którzy również mieli okolicznościowo wzbogacić brzmienie zespołu.

Koncerty zamykające okres żałoby i upamiętniające rocznicę śmierci Grudnia odbyły się 25 i 26 lutego 2017 roku. Zespół w tych dniach zagrał dwa takie same repertuarowo, grubo ponad dwugodzinne sety. Cztery tysiące ludzi (oprócz Polaków, przyjechali również fani ze Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii, Niemiec, Holandii, Hiszpanii, Francji i kilku innych krajów) przywitało zespół owacyjnie. Gorąco przyjęci zostali również goście, w szczególności Maciej Meller, który od tamtej pory miał już stale towarzyszyć Riverside na koncertach 2017 roku.

Zespół po wzorcowo zorganizowanych wieczorach w Progresji wrócił do życia. Na kwiecień zapowiedziano pierwszą od półtora roku trasę koncertową – Towards the Blue Horizon Tour – która najpierw przeprowadzi Riverside przez Polskę, a później Europę zachodnią i południową, oraz Wielką Brytanię. Również na lato i jesień planowane są koncerty.

Shrine of New Generation Slaves

Shrine of New Generation Slaves

Shrine Of New Generation SlavesMuzycy starannie pracowali nad nowym materiałem. Po raz pierwszy jeszcze przed ostateczną pracą kompozytorską nagrali szkice tworzonych kompozycji. Chciałem zobaczyć, na czym stoimy i czy mamy już materiał na płytę – tłumaczył Mariusz. – Miałem wizję tej płyty, znałem temat, wiedziałem, jak chcę to rozwiązać muzycznie, ale miałem problem z samymi kompozycjami. Owszem, mieliśmy po kilka fragmentów, które razem graliśmy na próbach, ale żaden z utworów nie był ukończony i tak naprawdę było tego niewiele. Siedziałem dłuższy czas, próbując poskładać to w całość, komponowałem nowe rzeczy, przeszukiwałem nasze archiwum, szukając fragmentów, które pasowałyby na nowy album. Kiedy czułem, że nazbierało się tego dostatecznie dużo, postanowiłem to wszystko nagrać w formie tzw. wstępniaków z elektroniczną perkusją.
Dzięki tym szkicom powstał utwór „Escalator Shrine”. Po zapoznaniu się ze szkicami „SoNGS” Duda doszedł do wniosku, że płycie w finałowej części brakuje nieco dynamiki i już pod sam koniec prac kompozytorskich zmobilizował zespół do stworzenia tej mini suity.
Ostatecznych nagrań dokonano jesienią ponownie w studio Serakos, do którego Riverside z przyjemnością wrócili. Studio Magdy i Roberta Srzednickich zostało w międzyczasie przeniesione z Pragi na spokojne i malownicze Kabaty. Nowy, lepiej przygotowany do nagrań budynek i nowoczesny sprzęt sprawiły, że praca w Serakosie stała się wygodniejsza i przyjemniejsza. Jako, że zespół w stu procentach poświęcił się pracy nad nowym krążkiem, rok 2012 okazał się pierwszym, w którym Riverside nie zagrał ani jednego oficjalnego koncertu.
Pierwsze premierowe dźwięki trafiły do słuchaczy w grudniu 2012 roku. Singel „Celebrity Touch” od samego początku zwrócił uwagę na nowy kierunek poszukiwań Riverside. Motoryczny riff dla odmiany kojarzył się fanom raczej z legendarnymi zespołami hard rockowymi spod znaku Led Zeppelin, czy Deep Purple, zdecydowanie spychając wpływy progresywno – progmetalowe na dalszy plan. Do utworu powstał klip pod reżyserskim okiem Mateusza Wikiela. Album „Shrine of New Generation Slaves” ukazał się miesiąc później, w styczniu 2013 roku.

New Generation Slave – bardzo mocne otwarcie album. Niby nie jest ani bardzo szybko, ani głośno, ale już otwierające dźwięki budują atmosferę muzycznego święta. Pierwsze dwie minuty to jakby gospelowa spowiedź wzmocniona monumentalnymi uderzeniami gitary. Kompozycja przeradza się w całkiem dynamiczny, hardrockowy kawałek, by na finał wrócić do klimatu „gospelowej spowiedzi”.

The Depth of Self-Delusion – ballada po brzegi wypełniona urzekająco romantyczną melodyką. Jest tu gitara akustyczna, są tu echa progresji ostrożnie podlanej folkiem. Zespół inaczej podchodzi do tematu ballady. Schowane pod gęstymi partiami gitar klawisze nie określają brzmienia, jak to miało miejsce w przypadku „In Two Minds”, czy „Conceiving You”. Nowe riversajdowe spojrzenie na temat ballady bardzo przypadło do gustu słuchaczom radiowej „trójki”, dzięki czemu piosenka dotarł do pierwszego miejsca legendarnej listy przebojów Marka Niedźwieckiego i Piotra Barona.

Celebrity Touch – głośne wejście motorycznego hardrockowego riffu i zadziorny wokal Dudy gwałtownie zabierają słuchacza z folkowej krainy poprzedzającej ballady. Tu zespół pokazuje jak dziś można przygotować nowoczesny utwór łączący w sobie elementy klasycznego hardrocka z przestrzenią i tajemniczą subtelnością progresji. Grudziński raz to atakuje zaborczym, surowym riffem, raz koi tęskną melodią. Podobnie bas Dudy – balansujący między rozkrzyczaną stylistyką Led Zeppelin i Deep Purple, a pulsującą hipnozą spod znaku Pink Floyd, czy wczesnego Porcupine Tree. Tekst porusza ważki temat "celebryctwa" i nieustającej potrzeby bycia w centrum uwagi. Do piosenki powstał klip w nieco przerysowany sposób obnażający kulisy "lanserskich" bankietów, porównujący celebrytów do rozkładających się zombie.

We Got Used To Us – prosta, piosenkowa konstrukcja, materiał na przebój. Chłodna, nieco mroczna ballada, otwarta psychodelicznymi dźwiękami, surowym fortepianem i zaangażowanym śpiewem Dudy. Mamy tu ładny, nostalgiczny refren osadzony na twardych uderzeniach fortepianu i śpiewne solo Grudzińskiego. „We Got Used to Us” to daleka kuzynka „Conceiving You”, choć surowsza i jakby ciemniejsza.

Feel Like Falling – drastyczna zmiana klimatu, choć poziom przebojowości został zachowany. Potężny, motoryczny bit wiedzie tę dynamiczną, zadziorną kompozycję od depeszowego początku do żarzącego się od warczącej gitary Grudnia, rozjazgotanego finału. Stosunkowo łagodny, eksponujący melodię refren ciekawie kontrastuje z agresywnym, zawłaszczającym bitem. Niewątpliwie jest to ciekawe połączenie klimatów i brzmień lat osiemdziesiątych z mocą i zadziornością hardrocka. Depeche Mode spotyka Deep Purple? Nie, to zdecydowanie Riverside, który umiejętnie ściga inteligentne progresywne poszukiwania grup typu Muse, czy Archive.

Deprived (Irretrievably Lost Imagination) – spokojny, pozbawiony drastycznych kontrastów, jakby nieco odrealniony artrockowy długas. Swobodne osiem minut grania, prowadzone łagodnym motywem gitary, koi przyjemną melodyką i hipnotyzującym wokalem Dudy. Nieco ożywienia przynosi rozpoczęta w czwartej minucie część instrumentalna, ale i tu zespół nie szaleje. Uaktywnia się gitara Grudzińskiego, wyraźniej słychać klawiatury Łapaja. Języczkiem u wagi jest tu solo na saksofonie sopranowym zaserwowane przez Marcina Odyńca.

Escalator Shrine – najdłuższy utwór na krążku, konstrukcyjnie też najbardziej przypominający klasyczne długie dzieła Riverside z poprzednich płyt. Zespół jednak nie zamierza się tu powtarzać. Fani grupy usłyszą co prawda sporo rozwiązań typowych dla Riverside (kosmicznie wirujące Hammondy, pulsujący bas Dudy, mielące riffy Grudzińskiego i masywne, „połamane” granie Mittlofa) i jest to na pewno następca „Left Out”, ale całość bardziej pachnie tu hardrockowymi latami siedemdziesiątymi. Całość otwiera latynosko brzmiąca partia gitary, ale już po chwili prym wiedzie intrygująco blues-hardrockowy riff, kojarzący się z eleganckim, klasycznym graniem sprzed czterech dekad. Kompozycja w piątej minucie napędzona basowym motywem zrywa się do biegu. Uaktywniają się klawiatury Łapaja. Fragmentami wrzeszczą Hammondy, by po chwili ustąpić miejsca potężnym frazom gitar. Ostatnia część tej mini suity, rozpoczęta w siódmej minucie wyciszeniem emocji, wiedzie wprost do wielkiego monumentalnego finału. W jedenastej minucie pojawia się ciężki, niespieszny riff gitar i rosnąca ściana posępnych dźwięków budowana klawiaturami Łapaja. Tęskna wokaliza Dudy nadaje muzyce cierpiętniczo – niewolniczego nastroju. Zaiste piękne to zamknięcie dla utworu opowiadającego o współczesnych odmianach zniewolenia.

Coda – akustyczny drobiażdżek wywiedziony z „Feel Like Falling”. Ten sam temat melodyczny podany tu został tylko przez głos i gitarę akustyczną. Urokliwe, kameralne zamknięcie albumu.

Dysk II

Night Session I&II – na drugiej płycie znalazły się dwa dodatkowe utwory instrumentalne. Zespół podobnie jak w przypadku albumu „Rapid Eye Movement” przygotował kompozycje o zupełnie odmiennym charakterze, prezentując zdecydowanie inne zainteresowania brzmieniowe i konstrukcyjne. Oparte na automatach perkusyjnych i keyboardach pejzaże instrumentalne przypadną do gustu fanom ambientu i muzyki transowo – klubowej. „Night One” wyróżnia większa dynamika. Utwór długie minuty pulsuje hipnotycznym, przyjemnie bujającym rytmem. „Night Two” otwiera partia saksofonu ponownie obsługiwanego przez Marcina Odyńca. Kompozycja dzięki temu nabiera jakby smooth-jazzowych rumieńców.

„Shrine of New Generation Slaves” trafił do sklepów 18 stycznia 2013 roku. Na liście sprzedaży zadebiutował już trzy dni później wskakując od razu na trzecie miejsce (za „To co dobre” Piasecznego i Donatem). Tym razem szczyt zestawienia okazał się niedostępny (najwyżej miejsce drugie, za „Symfonicznie” Lady Pank), ale płyta pokryła się złotem już miesiąc po premierze.

„SoNGS”, piąty album w dorobku Riverside, to blisko godzinna porcja muzyki (bez utworów dodatkowych) pozbawiona mielizn i słabych punktów. Zespół wyraźnie zboczył tu z metalowego kursu, w stronę przestrzennego, nieco bardziej spontanicznego i „brudnego” hardrocka. Na szczęście zwrot został wykonany z poszanowaniem starszych zalet Riverside. Powstała nowa muzyka, która miała prawo zadowolić starych fanów ale też zainteresować nowych słuchaczy. Ci wszyscy dla których Riverside był tylko i wyłącznie kolejnym naśladowcą Porcupine Tree i Dream Theater, musieli zweryfikować swój pogląd. Najważniejszy polski zespół progresywny potwierdził, że ciągle szuka nowych dla siebie terenów muzycznych, i że jest w stanie ciekawie modyfikować wypracowany już własny styl. Z utworów zniknęły cięte i ostre metalowe riffy, które napędzały większość kompozycji z „ADHD”. Ich miejsce zajęły ciężkie, brudne zagrywki przywodzące na myśl styl gry Jimmiego Page’a, Ritchiego Blackmore, czy Jacka White’a. Odpowiadający za partie gitar Grudzień popisał się wielką wszechstronnością, gdyż nie tracąc metalowej zadziorności wplótł do swojej gitarowej palety barw przybrudzoną spontaniczność o charakterze niemalże bluesowym. Nie zapomniał przy tym o melodyce znamiennej dla swojego artrockowego podejścia do gry. Trzeba uczciwie przyznać, że jeśli żyje w XXI wieku gitarzysta potrafiący połączyć wrażliwość i melodykę Gilmoura i Rothery’ego, z ciętością i szybkością Johna Petrucci, i na dokładkę wpleść jeszcze do tego wszystkiego stary dobry blues-hardrockowy brud i hałas spod znaku Page’a i Blackmore’a, to jest nim na pewno Piotr Grudziński.
Niemniej efektownie zaprezentowała się reszta składu. Duda i Kozieradzki podobnie jak Grudziński przeformatowali nieco swoje podejście do rytmu. Większość utworów zagranych jest nieco wolniej, jakby dostojniej, czego efektem jest większa przestrzeń dla prezentacji ciekawych melodii i nieszablonowych harmonii. Rytmy pozostały ciekawe, progresywnie ponaginane, intrygująco bujające. Czarodziej klawiatur Michał Łapaj, w dużym stopniu decydujący o barwie i nastroju kompozycji, buduje klimaty i brzmienia nie szczędząc środków. Krzykliwe Hammondy, kojące pejzaże, monumentalne ściany dźwięku i efektowne krótkie solówki – to wszystko znaki rozpoznawcze w tej chwili już prawdopodobnie najwybitniejszego polskiego klawiszowca rockowego.
Riverside odważnie promując nowy album już w marcu ruszył z trasą koncertową. „New Generation Tour” wystartował 9 marca w Dreźnie. Pierwsze koncerty odbyły się w Niemczech. Następnie zespół przeniósł się na wyspy brytyjskie. Polskiej publiczności nowy materiał został zaprezentowany w kwietniu. Pod koniec kwietnia Riversajdzi polecieli do Stanów Zjednoczonych, gdzie spędzili pierwszą dekadę maja, na koniec odwiedzając też Meksyk. W drugiej połowie miesiąca odwiedzin doczekały kraje wschodniej, centralnej i południowej Europy, nadszedł więc czas dla słuchaczy m.in. czeskich, słowackich, węgierskich, greckich i rumuńskich. Mamy sporo fanów w takiej Bułgarii, czy Rumunii – opowiadał Mariusz. – Na ostatniej trasie po „ADHD” graliśmy w Sofii i to był chyba najgłośniejszy nasz koncert pod względem okrzyków publiczności. Ponad 600 osób i taki wrzask, że ciężko było nam w to uwierzyć.
I tym razem na Bałkanach zaskoczyła muzyków wiadomość z gatunku tych nie do uwierzenia. Po jednym z rumuńskich koncertów do zespołu dotarła fantastyczna informacja z Polski. 25 maja drugi singel z „SoNGS”, ballada „The Depth of Self-Delusion”, dotarł do pierwszego miejsca listy przebojów trzeciego programu polskiego radia.
Finał wiosennej trasy odbył się we Wrocławiu. Zespół zagrał dla dziewięciuset fanów w klubie Alibi. W duszny, burzowy wieczór, wyczekujący zespołu od kwietnia wrocławscy słuchacze przyjęli Riverside gorąco, w zamian otrzymując blisko dwugodzinny koncert złożony w większości z najnowszego materiału i kompozycji z „ADHD”.
Muzycy nie mieli wiele czasu na odpoczynek. Latem zaliczyli kilka festiwali (m.in. polski InoRock), a już we wrześniu czeka ich wyjazd w kolejną trasę.

Album „Shrine of New Generation Slaves” doczekał najdłuższej trasy promocyjnej w historii Riverside. „New Generation Tour” składał się z trzech części rozłożonych na półtora roku i osiągnął imponującą liczbę stu koncertów zorganizowanych w szesnastu krajach. Zespół promował piąty album jeszcze wiosną 2014 roku, a bogate tournee wieńczyły dwa wyjątkowe występy warszawskie. W kwietniu Riverside odwiedził kilka polskich miast, by po powrocie do Warszawy zagrać dwukrotnie dzień po dniu, dwa zgoła odmienne koncerty. Najpierw dla blisko dwutysięcznego audytorium w klubie Progresja, a dzień później dla dwustu siedzących słuchaczy w kameralnym studiu Programu Trzeciego Polskiego Radia. Muzyka tworzona z pasją, muzyka prawdziwa zawsze znajdzie swojego odbiorcę – mówił o zespole w przed-koncertowej zapowiedzi redaktor Piotr Baron. – Często czytałem w internecie, że zespół jest popularniejszy zagranicą niż w Polsce. W moim przekonaniu te słowa są już nieaktualne. I rzeczywiście popularność Riverside w Polsce rosła, a największa fala zainteresowania miała dopiero nadejść.

Anno Domini High Definition, Memories In My Head

Anno Domini High Definition, Memories In My Head

W czasie, gdy muzycy w pocie czoła pracowali nad nowymi kompozycjami do rąk fanów trafiały kolejne wydawnictwa kolekcjonerskie. Zespół postanowił "uśmiechnąć się" do historii muzyki i wydać swoje albumy ("Reality Dream" i "Out of Myself") na płytach winylowych. Takie pamiątkowe płyty trafiły na rynek nakładem Primal Vinyl Records w styczniu.

Wiosną'09 zespół tylko dwukrotnie pojawił się na koncertach. Najpierw 26 kwietnia Riverside stawili się obok grup Vader, Jesus Chrysler Suicide i Ketha w krakowskim klubie Studio na imprezie charytatywnej. Zagraliśmy na koncercie charytatywnym, z którego cały dochód przeznaczony jest na leczenie Covana z Decapitated – opowiadał Mittloff na łamach "Teraz Rocka" – Mam nadzieję, że udało się chłopakowi pomóc. Każdy z nas (odpukać) może znaleźć się w podobnej sytuacji – dodawał Grudzień - Jeździmy dużo (Covan ucierpiał w wypadku drogowym przyp. MN) i różne rzeczy mogą się zdarzyć. Wtedy może ktoś z nas będzie potrzebował pomocy. Na koncercie dla Covana zespół zaprezentował m.in. dwie premierowe kompozycje z nadchodzącej płyty – "Hyperactive" i "Hybrid Times".

Z kolei 21 maja grupa pojawiła się na warszawskich Juwenaliach. Trzeci z planowanych występów został odwołany. Riverside mieli wystąpić na czwartym festiwalu Art Rocka w Koninie, do czego ostatecznie nie doszło z powodu kontuzji ręki Mittloffa. Fani byli rozczarowani, ale smutek po odwołanym koncercie łagodziła perspektywa nadchodzącej wielkimi krokami premiery czwartej płyty.

Anno Domini High DefinitionFani zdążyli przyzwyczaić się do tytułu albumu "Anno Domini High Definition", gdyż już od połowy 2008 roku wiadomo było, że właśnie tak nazywać się będzie czwarty longplej Riverside. Szukałem tytułu, który będzie związany ze współczesnością, tytułu, który będzie na czasie, z modnymi obecnie elementami – opowiadał Mariusz Duda w wywiadzie dla portalu Interia - Wyszło więc połączenie technologii High Definition, i choroby, na którą – okazuje się – choruje dosyć spora część naszego zabieganego społeczeństwa. Poza tym zależało mi na czterech słowach, bo jest to nasza czwarta płyta.

Album miał być luźnym konceptem, złożonym z pięciu utworów, osobnych opowieści o ludziach próbujących nadążyć za galopującym, nadpobudliwym współczesnym światem. Nasza płyta nie jest o telewizorach, iPodach, czy współczesnych mediach, ale o cywilizacyjnym pośpiechu – tłumaczył Mariusz na łamach "Teraz Rocka" – O tym, że na nic nie mamy czasu, że ci, którzy zostają w tyle to nie są ludzie, którzy nie pracują nad sobą, ale ci, którzy nie biegną dwa razy szybciej. Bo w dzisiejszych czasach trzeba biec dwa razy szybciej, żeby dotrzymać światu kroku.

"Anno Domini High Definition", trwający 44 minuty i 44 sekundy, czwarty album Riverside ukazał się na polskim rynku 15 czerwca w dwóch wersjach – jedno i dwupłytowej. Drugim dyskiem na rozszerzonej wersji jest DVD z zapisem fragmentów koncertu z Amsterdamu (10.12.2008).

Hyperactive – istny wulkan energii. Utwór rozpoczyna krótkie pianinowe intro, które choć liryczne i na pierwszy rzut oka delikatne, gdzieś między dźwiękami zwiastuje nadchodzącą burzę dźwięków. Wszystko staje się jasne, kiedy w drugiej minucie pojawia się nerwowy puls, ostry riff gitary i zawirowana zagrywka klawisza. Całość pulsuje bardzo energetycznie już do samego końca.

Driven to Destruction – mimo, że cały album jest bardzo dynamiczny, nie brak na nim drobnych fragmentów delikatniejszych, lirycznych, w których na plan pierwszy wychodzą melodyczne możliwości zespołu. To właśnie w "Driven to Destruction" Riverside na krótką chwilę "łapie oddech", dzięki czemu utwór balansuje między ciężkim graniem zapoczątkowanym w pierwszym kawałku, a cichszym, intymniejszym wcieleniem artrocka. Kompozycja momentami koi stonowanymi dźwiękami, by po chwili uderzyć w mocniejsze rejestry.

Egoist Hedonist – trzyczęściowa, rozbudowana kompozycja. Jej pierwsza część za sprawą pejzażowego klawisza i zwiewnego riffu Grudnia sprawia wrażenie lekkości. Zespół niespodziewanie uderza jednak dużo cięższym riffem i zawarowaną partią keyboardów. W drugiej części pojawia się krótka zagrywka sekcji dętej. Utwór wyciszy się na chwilę w ostatnim fragmencie, a na zakończenie zespół prezentuje dłuższy popis instrumentalny przepełniony orientalną melodyką.

Left Out – najspokojniejsza rzecz na albumie. Do połowy jest to tajemnicza, intymna ballada, zespół dopiero w piątej minucie uderzy mocniej przenosząc się na tereny progresywnego hard rocka. Cieszy ucho bogate instrumentarium, ze szczególnym naciskiem na potężne, monumentalne brzmienie organów Hammonda. W części finałowej znakomicie zbudowana dramaturgia.

Hybrid Times– najdłuższy utwór na albumie. Wielki finał. Pierwsza minuta to duet Łapaja i Dudy, pełen ukrytego niepokoju i orientalnej melodii dialog pianina i głosu. Dialog niespodziewanie przerywa agresywne wejście całego zespołu. Riverside funduje tu najbogatszą, najbardziej różnorodną i nadpobudliwą podróż, pełną dźwiękowych niespodzianek. Każdy instrument ma tu swoje "pięć minut", by zabłysnąć ciekawą partią, bądź zagrywką, ale wszystko jest utrzymane w ryzach i podporządkowane opowiadanej historii. Zespół umiejętnie połączył tu zadziorne brzmienia elektryczne, z delikatnie wprowadzaną, przestrzenną elektroniką. Następna udana próba wykorzystania głosu, jako kolejnego instrumentu. Utwór reprezentatywny zarówno dla albumu, jak i całego dotychczasowego dorobku Riverside.

Wszyscy zaniepokojeni możliwością powstania "czwartej części trylogii", po odsłuchaniu nowego materiału mogli odetchnąć z ulgą. Zespołowi udała się nie lada sztuka. Riverside przygotował nową muzykę na tyle różną od poprzedniej, żeby nie narazić się na auto plagiat, ale przy tym na tyle podobną, że nikt nie mógł posądzić muzyków o zagubienie własnego stylu. "Anno Domini High Definition" przyniósł porcję muzyki niezwykle dynamicznej, zadziornej, energetycznej, czy wręcz – nawiązując do tytułu – nadpobudliwej. Muzycy Riverside bardzo mądrze skorzystali z nowej wolności, którą otrzymali po zakończeniu "Reality Dream", tworząc utwory żywiołowe, odważne i niekonwencjonalne. Tym razem nie powstały żadne krótsze "zwrotkowo – refrenowe" formy, ani akustyczne ballady. Prostsze formy ustąpiły zupełnie miejsca kompozycjom złożonym, wielowątkowym, o progresywnym charakterze.

Pierwsze recenzje albumu były bardzo dobre. Na wiele ciepłych słów i wysoką notę Riverside tradycyjnie mogli liczyć od miesięcznika "Teraz Rock". Tym razem wydawnictwo zostało ocenione na cztery i pół punktu (pięciopunktowa skala), a autor recenzji pisał w samych superlatywach: To kolejna płyta Riverside, której trzeba posłuchać wiele razy, bo jej walory nie odsłaniają się od razu. Ale jak już odsłonią... Jestem naprawdę dumny, że mamy taki "towar eksportowy". Nieco mniej entuzjastycznie, choć równie pozytywnie pisał krytyk portalu Artock.pl Mariusz Danielak. Szkolną czwórkę, jaką wystawił zespołowi argumentował następująco: To ważny album dla zespołu. Rozpoczynający jakby jego drugie życie (…)
zdecydowanie cięższy, trudniejszy (…) Ci, którzy cenią sobie takie mocarne, ostre granie z okolic najbardziej potężnych fragmentów "Reality Dream III", tu znajdą tego sporo, niemalże w każdej kompozycji (…) Jest to krążek, który nie ma prawa rozczarować miłośnika dobrego rockowego grania na wysokim poziomie, a tym bardziej fana tej warszawskiej grupy. (…) To album podporządkowany liczbie "4". Zatem niech będzie czwórka. Ta szkolna. Bo to dobra rzecz…

Wiele bardzo pozytywnych słów i recenzji przyszło także z innych krajów. Wysokie noty wystawiali rockowi, artrockowi i metalowi krytycy m.in. z Niemiec, Holandii, Norwegii a nawet Rosji. Można było odnieść wrażenie, że większość słuchaczy nową płytę grupy przyjęło z ulgą i dużą satysfakcją. Fani jeszcze przed oficjalną premierą tłumnie ruszyli do sklepów, dzięki czemu "Anno Domini High Definition" po zaledwie trzydniowym pobycie na półkach sklepowych debiutowała na 6 miejscu listy najlepiej sprzedających się płyt w Polsce. To był jednak dopiero przedsmak prawdziwego sukcesu, gdyż tydzień później album wspiął się na szczyt zestawienia, pokonując m.in. wydawnictwa naszych rodzimych gwiazd muzyki pop - Andrzeja Piasecznego i zespołu Feel.

Nowe studyjne wydawnictwo tradycyjnie promowała dwuczęściowa trasa koncertowa, zdecydowanie największa w dotychczasowej historii Riverside. Zespół pod koniec września rozpoczął 20 – koncertowy tour po Polsce, by później zagrać jeszcze 25 koncertów poza granicami kraju.

Występy podzielone zostały na trzy części – "zieloną", "czerwoną" i "bisową". Na pierwszy rzut zespół wykonywał około czterdziestominutowy zestaw kompozycji z poprzednich płyt, często bawiąc się aranżacją i mieszając tematy. Już otwierający set "02 Panic Room" poprzedzało intrygujące tajemniczym klimatem intro, a to był dopiero początek niespodzianek. Kolejna niespodzianka czekała ukryta w środkowej części "Second Life Syndrome", gdzie zespół umiejętnie wplótł spory fragment niewykonywanej wcześniej na żywo kompozycji "Schizophrenic Prayer". Nieco innej aranżacji doczekał też "The Same River". Ten niespodziankowo – rozgrzewkowy set zamykała składanka dwóch akustycznych ballad, dawno nie granych "In Two Minds" i "The Time I Was Daydreaming" (ta druga tylko w formie kilkunastosekundowego wtrętu). Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków wyżej wymienionych ballad muzycy opuszczali scenę, a światło zielone ustępowało miejsca intensywnej, czerwonej łunie. Scena zmieniała nastrój, z głośników dobywało się znajome pianinowe intro piosenki "Hyperactive", w trakcie którego grupa wracała na scenę, aby rozpocząć główną część koncertu, czyli prezentację najnowszego albumu. Tym razem w całości i kolejności zgodnej z repertuarem płyty. Podczas części "bisowej" publiczność miała okazję usłyszeć "Rapid Eye Movement", połączone ze sobą w jeden instrumentalny popis "Reality Dream II & III" i po raz pierwszy "Stuck Between" (nigdy wcześniej nie wykonywaną na żywo piosenkę z mini albumu "Voices In My Head").

Trasa "ADHD" okazała się dużym sukcesem tak artystycznym, jak i "komercyjnym". Riverside po raz pierwszy dysponowali własnym oświetleniem, co skwapliwie wykorzystali nadając światłem nastrój poszczególnym częściom koncertów. Na scenie pojawiły się także przyciągające wzrok standy z grafiką okładki ostatniego albumu. Trudno było nie dostrzec, że zespół wykonał kolejny krok naprzód w procesie swojego rozwoju.

Zmierzch roku 2009 stanowił czas zbierania żniw po długiej i ciężkiej pracy. W listopadzie "Anno Domini High Definition" pokryła się złotem (15 tysięcy sprzedanych egzemplarzy), a grudniowe podsumowania statystyk trasowych uświadomiły wszystkim, że oto mieliśmy do czynienia z najbogatszym tournee w historii Riverside. 20 polskich koncertów obejrzało aż 9 tysięcy ludzi, 6 koncertów holendersko – belgijskich 3 tysiące (na niektóre zabrakło biletów kilka tygodni przed występami), a w sumie na 45 koncertach pojawiło się około 20 tysięcy słuchaczy. Na poziomie klubowym grupa zyskała status gwiazdy.

Nie wszystko jednak szło po myśli muzyków. Premiera nagranego w maju 2008 roku DVD została przesunięta już o kilkanaście miesięcy, a gdy wreszcie w grudniu'09 płyta trafiła do sprzedaży okazało się, że zapis wizualny nie jest najwyższej jakości, a dźwięk jest tylko w stereo. Tymczasem z wypowiedzi członków zespołu można się było dowiedzieć, że aby uzyskać ten finalny, co najwyżej poprawny efekt musieli się jeszcze sporo napocić, gdyż błędy zostały popełnione już na poziomie rejestracji. Mieliśmy nadzieję, że praca przy tym DVD będzie po prostu wykonana na wysokim poziomie z profesjonalnym podejściem do tematu – opowiadał Mittloff w rozmowie z Piotrem Michalskim. – Okazało się, że nie wszyscy mają taki sam poziom. Po interwencji osób trzecich, po półtora roku dostaliśmy ostateczną wersję montażu wideo. Po dwóch godzinach było pewne, że tego nie wydamy. Montaż bez żadnego pomysłu, w co drugim ujęciu pojawia się kamerzysta, kompletny brak dynamiki, oraz, o zgrozo, brak dwóch numerów w końcowej wersji. Nikt z nas nie mógł sobie wyobrazić tego wydawnictwa w takiej postaci. Okazało się też, że człowiek który miał miksować dźwięk do formatu 5.1 po prostu się na wszystko obraził. Czysty Armagedon. Ale skoro obiecaliśmy, że to DVD się ukaże, po prostu musieliśmy dotrzymać słowa. Zdecydowaliśmy, że uratujemy co się da. Poprosiliśmy gościa (Wilqu) odpowiedzialnego za montaż i postprodukcję klipu "02 Panic Room", aby coś poradził. I poradził, uratował sytuację. Długo oczekiwane DVD "Reality Dream" trafiło do sprzedaży tuż przed świętami i choć jego jakość nieco rozczarowywała, wydawnictwo zbierało niezłe recenzje i dobrze się sprzedawało.

Rok 2010 zespół rozpoczął od odpoczynku po sumiennie przepracowanych poprzednich dwunastu miesiącach. Każdy członek grupy okres między styczniem a marcem miał prawo zagospodarować na swój własny sposób. Grudzień i Michał "ładowali akumulatory", Mittloff rozkręcał swoją firmę wydawniczą Prog Team, szykował do wydania płyty grup Division By Zero i Disperse. Tylko Mariusz nie chciał rozstawać się z gitarą i studiem, tak więc czas "urlopu" wykorzystał na nagrania drugiego albumu projektu Lunatic Soul.

Riverside wróciło do życia w połowie marca. W pierwszych dniach wiosny zespół rozpoczął próby przed zbliżającymi się koncertami. Na kwiecień zaplanowano czterokoncertową mini trasę "An Evening With Riverside and Friends". Wspólne występy z Jolly i Pure Reason Revolution przed publicznością holenderską i niemiecką cieszyły się sporym zainteresowaniem. Bardzo udany tydzień – mówił o trasie Mariusz. – Ludzie świetnie się bawili, z zespołami dogadywaliśmy się przednio. W tym roku postanowiliśmy nie grać za dużo koncertów w miejscach, w których gramy non stop. Odpuściliśmy więc w ogóle Polskę, poza jednym, dwoma festiwalami, które odbędą się latem. Tak samo zrobiliśmy z innymi krajami. Pomyśleliśmy: jeden raz gdzieś w Holandii i jeden w Niemczech w zupełności wystarczą. Żeby uatrakcyjnić sprawę nasz zagraniczny menadżer zaproponował nam towarzystwo Pure Reason Revolution i Jolly. Kiedy rzuciliśmy więc hasło o wspólnych występach zainteresowanie było ciut większe niż się spodziewaliśmy i rozrosło się to do minitrasy. Na koncercie w Tilburgu widziało nas ponad 1100 osób. Miło. Frekwencyjnie na innych koncertach było odpowiednio do wielkości klubów. Powodów do narzekań absolutnie nie mamy. W maju Riverside pojechali do miejsc, w których nie grali nigdy, lub w których gościli bardzo rzadko. Dali koncerty w Grecji, Turcji, Bułgarii, Austrii, Słowacji i na Węgrzech.

Jedyny polski koncert odbył się latem w ramach festiwalu "Metal Hammer". Riverside zagrali w Spodku obok takich tuzów jak Opeth i KoRn nie ustępując w niczym swoim bardziej doświadczonym kolegom. Koncert znakomicie nagłośniony, wykonawczo bez zarzutów. Publiczność przyjęła grupę gorąco sprawiając, że był to jeden z jaśniejszych punktów festiwalu – pisał na łamach "Teraz Rocka" Robert Filipowski.

Zespół nie pracował na pełnych obrotach, ciągle starał się raczej "odzyskać świeżość" przed nagraniami roku 2011 i zapowiadanym jubileuszem. Na sto procent działał tylko Mariusz, który każdą wolną chwilę wykorzystywał na materializację drugiego, tym razem "białego" krążka Lunatic Soul. To kontynuacja czarnego albumu – mówił w wywiadzie Duda. – Uzupełnienie jednej historii, i w pewnym sensie negatyw, ale nie chodzi mi już nawet o kolory okładek, czy fakt, że teraz w trzecim utworze jest śmiech zamiast płaczu. Nie ukrywam, że było to dla mnie swego rodzaju wyzwanie, żeby mimo kontynuacji spróbować zrobić płytę trochę inną muzycznie. Dokładna kopia "Jedynki" to żadna sztuka, i mówiąc "kopia" mam tu na myśli głównie klimat i nastrój. Sztuką było w tym momencie oddanie całej tej muzycznej bieli, lekkości i swego rodzaju niepokoju, który towarzyszy bohaterowi podczas kolejnej wędrówki. W przeważającej opinii krytyków Mariuszowi udało się dokonanie tej sztuki. Płyta trafiła do sprzedaży w październiku stając się z marszu jedną z gorętszych premier artrockowego światka. Posypały się dobre i bardzo dobre recenzje. Wydawnictwo zostało nawet wyróżnione tytułem "album miesiąca" przez ceniony, opiniotwórczy niemiecki magazyn "Eclipsed".

Końcówka roku 2010 w dużym stopniu została poświęcona sprawom pozariversidowym. Mariusz promował Lunatic Soul udzielając rekordowej ilości wywiadów dla mediów polskich i zagranicznych, a Mittloff doglądał trasy "Progressive Tour 3D", która prezentowała trzy młode, polskie grupy progresywne (Disperse, Division By Zero i Dianoya). Jednak im bliżej było końca roku, tym bardziej wzrastała ilość pytań o następne kroki Riverside. Tymczasem muzycy oszczędnie dawkowali wiadomości. Wszystkie karty wyłożono na stół pod koniec lutego 2011 roku. Riverside w maju miał zagrać 18 koncertów w ramach trasy urodzinowej – "10 Anniversary Tour". W Polsce zaplanowano 6 wieczorów w dużych klubach największych miast, a specjalną atrakcję mieli stanowić znani zagraniczni goście – zespoły Paatos i Pineapple Thief. Maj zapowiadał się więc gorąco, głośno i progresywnie, ale do tego czasu zespół nie zamierzał próżnować. Trasie miała towarzyszyć premiera nowego mini albumu, który powstawał pod roboczym tytułem "Voices In My Head II". W odróżnieniu od tamtej płytki, tym razem muzycy nie zamierzali wypełniać czasu przypadkowo dobranymi utworami uzupełnionymi wersjami koncertowymi starszych piosenek. Riversajdzi spędzili kilka owocnych tygodni w sali prób i studio nagraniowym, gdzie zrodziła się ponad półgodzinna porcja premierowej, trzymającej bardzo wysoki poziom muzyki. Klimatem wracamy do korzeni i naszych wczesnych inspiracji – zapewniał Mittloff. – Słychać Flojdów, trochę Genesis i Marillion. To naprawdę porządna epka.

Memories In My HeadWiosna 2011 roku upłynęła pod hasłem dziesiątych urodzin. Riverside w maju ruszył w jubileuszową trasę koncertową. Zespół rozpędził się kilkoma występami zagranicznymi (w towarzystwie Tides From Nebula), by w drugiej połowie miesiąca zameldować się w kraju na pięciu dużych koncertach. Miało być ich sześć ale słaby wynik przedsprzedaży biletów w Łodzi doprowadził do odwołania występu w Wytwórni. To był chyba jedyny poważny zgrzyt „10 Anniversary Tour” (spuśćmy kurtynę milczenia na skradzioną we wrocławskim Eterze gitarę Grudnia). Występy w innych miastach stanowiły już niezbity dowód na to, że Riverside jest pożądaną w kraju sporą atrakcją koncertową. We Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku i Warszawie zespół występował przed rekordową dla siebie publicznością. W sumie dziesiąte urodziny świętowało na koncertach około sześciu tysięcy najwierniejszych polskich fanów. Mieli oni okazję usłyszeć przekrojowy zestaw utworów z całego dorobku grupy. Na koncertach zagranicznych pojawiał się też „Leave That Thing Alone”, cover z dorobku zespołu Rush. W Polsce nie było już coverów, za to można było usłyszeć dwie premierowe kompozycje z ukazującego się wówczas mini albumu urodzinowego, zatytułowanego ostatecznie „Memories In My Head”. Między swoisty „the best of” czterech wydanych wcześniej albumów, trafiły świeżutkie „Living In The Past” i „Forgotten Land”. Obie od pierwszych wykonań urzekły wciągającym klimatem i progresywnym bogactwem melodycznych i rytmicznych rozwiązań. „Forgotten Land” mianowano singlem, czego efektem było miejsce w pierwszej dziesiątce listy przebojów „trójki”.
Minialbum „Memories In My Head” można było nabyć na majowych koncertach, a do sklepów wydawnictwo trafiło przed wakacjami.

Goodbye Sweet Innocence – bardzo klimatyczne, niespieszne otwarcie. Od pierwszych sekund zespół wyraźnie zaznacza, że jest to powrót do głębokich, przestrzennych nastrojów artrockowych. Nadpobudliwa dynamika i metalowe riffy znane z „ADHD” poszły w odstawkę. Riverside wrócili do średnich temp i bogatej melodyki w stylu dawnych progresywnych mistrzów spod znaku Pink Floyd. Utwór do siódmej minuty, gdy prym wiodą łagodne motywy gitary Grudzińskiego i śpiew Dudy, jest stosunkowo spokojną opowieścią o przemijaniu. W ósmej minucie nieco bardziej nerwowa klawiszowa zagrywka Łapaja rozpoczyna orientalno – psychodeliczną część instrumentalną. Bas Dudy punktuje wyraziście, gitara Grudnia traci artrockową łagodność i melodykę, staje się warcząca i nachalna, a Łapaj serwuje na klawiaturach zawirowane, kosmiczne solówki. Po dziesięciu minutach kompozycja najpierw łagodnie się wycisza, by przejść w drugi na płycie.

Living In The Past – znów mamy tu klimatyczny początek, tym razem wywiedziony z zamknięcia poprzedniej kompozycji. To najdłuższy, kulminacyjny i chyba najciekawszy fragment całego minialbumu. Prowadzony hipnotycznym basowym motywem Dudy i gitarowymi melodiami serwowanymi przez Grudzińskiego, zaskakuje energią i bardzo mocnym uderzeniem w „refrenach”. Sporo tu iście mistrzowskich kontrastów (delikatny wokal Dudy osadzony na monumentalnych, agresywnych zagrywkach gitary) i pięknych, orientalnych melodii. Całość wieńczy porywająca część instrumentalna. Osadzona na dynamicznym, progresywnym szkielecie rytmicznym, imponuje precyzją wykonania misternie utkanych motywów melodycznych.

Forgotten Land – basowy puls Dudy otwiera tę mroczną, nostalgiczną kompozycję. Przestrzenne zagrywki klawiatur Łapaja nadają całości odrobinę gotyckiego zabarwienia. Świetną, bardzo różnorodną robotę wykonuje tu Grudziński, który raz to serwuje wiodącą melodię, raz atakuje z drugiego planu nerwowym, pulsacyjnym motywem. Utwór kończą psychodeliczne dźwięki znane już z początku „Goodbye Sweet Innocence”, kompozycji otwierającej płytę. Całość zapętla się więc w jeden zwarty blok muzyczny. Utwór trafił na ścieżkę dźwiękową gry „Wiedźmin 2”.

„Memories In My Head” to ponad półgodzinny blok muzyczny podzielony na trzy łączące się ze sobą kompozycje. Trzy długie utwory można określić mianem progresywnych, podlanych orientalno – gotyckimi smaczkami. To celowy powrót do nastroju „Out Of Myself”. Zespół odświeża tu rozwiązania, którymi zaczarował fanów na samym początku swojej działalności. Stąd też określający całość wątek przemijania. Teksty to trzy różne nostalgiczne spojrzenia na przemijanie. „Goodbye Sweet Innocence”, jak sam tytuł wskazuje, to pożegnanie z dziecięcą niewinnością i oczekiwanie na nowy rozdział w życiu. „Living In The Past” to wyznanie człowieka, który, najwyraźniej niezadowolony z sytuacji teraźniejszej, żyje przeszłością. Jeszcze bardziej wymowny i obrazowy jest „Forgotten Land” – swoista wizja upadku dynamicznie rozwijającej się cywilizacji. „Memories In My Head” to bardzo mroczna, ale urokliwa porcja muzyki. Choć to mini album, dostajemy tu Riverside w bardzo wysokiej formie i naprawdę świetnym repertuarze. Pod względem poziomu zdecydowanie bliżej tej płytce do świetnego „Out of Myself” niż poprzedniego mini albumu „Voices In My Head”.

W drugiej połowie roku zespół znów koncertował. Latem odwiedził kilka festiwali, w tym po raz pierwszy polski Woodstock, gdzie dał koncert dla trzystutysięcznej publiczności. W planach wydawniczych pojawiło się DVD z rejestracją tego koncertu ale pomysł upadł ostatecznie, gdyż nie dogadano warunków finansowych. Jesienią na kilka wieczorów wznowiono trasę klubową. Riverside pojawili się m.in. w Katowicach, gdzie zaprezentowali urodzinowy set w wypełnionym solidnie MegaClubie.
U zmierzchu jubileuszowego roku do rąk fanów trafiła jeszcze jedna płyta. Mariusz Duda zebrał na jednym dysku najciekawsze fragmenty niewykorzystanego wcześniej materiału Lunatic Soul. Album zatytułowany „Impressions” stał się swoistym post scriptum dla czarno białego dyptyku. „Impressions” wypełniły głównie kompozycje instrumentalne. Podobnie jak w przypadku albumów „białego” i „czarnego”, słuchacze otrzymali muzykę łącząca w sobie stylistyczne elementy ambientu, akustycznego rocka, folku i muzyki filmowej. Na końcu płyty czekają remixy kompozycji z poprzednich płyt.
Po pełnym atrakcji roku 2011, Riverside na cały rok 2012 zniknął fanom z oczu. Do marca muzycy ładowali akumulatory, by wiosną pełną parą przystąpić do pracy nad piątym albumem. Mieli świadomość, że pracują nad ważną płytą, która prawdopodobnie określi nowy kierunek artystycznego rozwoju. Zespół, co oczywiste, nie chciał się powtarzać. Nowa płyta nie mogła przypominać, ani „ADHD”, ani tym bardziej „MIMH”, który stanowił przecież pożegnanie z wczesno progresywnymi klimatami. Z utworów zniknąć miała nadpobudliwa dynamika i metalowe riffy cechujące poprzedni longplej. Zmianie ulec musiała też sama forma kompozycji. Długie, progresywne, wieloczęściowe konstrukcje odesłano chwilowo do lamusa. Nad salą prób Riverside zawisło hasło – „songs”, czyli piosenki. I choć te ostatecznie i tak nabrały ambitnego, artrockowego kształtu, w dużo większym stopniu przypominały klasyczne piosenki rockowe.
Nie chciałem nagrywać kolejnego Anno Domini High Definition – zapewniał Mariusz. – Miałem dość tych kwadratowych, trashmetalowych riffów. Szukałem jakiegoś elementu który moglibyśmy rozwinąć. Padło na hardrock, którego elementy zastąpiły nasz dotychczasowy quasi-metal. Dodatkowo zależało mi, aby powróciły emocje znane z naszych pierwszych albumów i może też nawiązuje do tego, co robię w Lunatic Soul. Nie chcę już tworzyć kompozycji które składają się głównie z kwadratowych klocków. Chodzi mi o przypadłość na którą cierpi wiele zespołów tak zwanych postdreamtheatrowych. Schematy typu AB ABC BCD EF AB ABC itd. Nasza ostatnia płyta mogła mylnie zasugerować, że jesteśmy zespołem metalowym. W rzeczywistości tak nie jest. Jesteśmy przede wszystkim zespołem rockowym. Na nowej płycie chcemy wrócić do korzeni, do tej otwartości, która kiedyś miała miejsce w muzyce, zanim wszystko zrobiło się sztuczne i komputerowe.
Po takich zapowiedziach można było snuć domysły na temat odwrotu Riverside od stylu post-progresywnego i progmetalowego w stronę surowszego, mięsistego rocka i hardrocka lat siedemdziesiątych. Tym bardziej, że Duda opowiadając o swoich aktualnych sympatiach muzycznych coraz częściej wspominał o muzycznej otwartości i spontaniczności. Od dziecka lubiłem zespoły poukładane, jak Genesis, czy z mocniejszych Metallika i Anthrax – mówił. – Jednak im jestem starszy, tym częściej słucham muzyki, w której nie wszystko musi być pod linijkę, gdzie jest pewien dysonans, brud i hałas stanowi sedno. Dotarcie do Led Zeppelin, czy zachwycenie się „Helter Skelter” The Beatles zajęło mi trochę czasu.
W innym wywiadzie dodawał późniejsze, bardziej aktualne inspiracje: Po obejrzeniu „Będzie głośno” próbowałem zrozumieć fenomen Jacka White’a i kupiłem sobie kilka płyt z jego udziałem. I trafiło mnie! Taka „Elephant” White Stripes to naprawdę fantastyczna płyta. Jakby pod ich wpływem odkurzyłem sobie Led Zeppelin.

Rapid Eye Movement, Reality Dream

Rapid Eye Movement, Reality Dream

Pracę nad trzecim albumem długogrającym muzycy rozpoczęli pod koniec 2006 roku, a już podczas marcowego koncertu w Zabrzu zaprezentowali kilka nowych utworów w roboczych wersjach. Do uszu fanów spragnionych nowości z obozu grupy co jakiś czas docierały informacje dotyczące nowej płyty. Już w styczniu było wiadomo, że ostatnia część trylogii "Reality Dream" zatytułowana będzie "Rapid Eye Movement". Pierwsza część nagrań odbyła się w marcu i jak twierdzi Mittloff rejestracji doczekała się wówczas "oniryczna" część premierowej muzyki. Część "cięższą" nagrano w kwietniu. Zespół gościł w studiach Serakos w Warszawie i Toya w Łodzi. Premierę krążka zapowiedziano na wrzesień.

02 Panic Room CDSDługie miesiące czekania najwierniejszym fanom miały umilić dwa wydawnictwa. Pierwsze z nich trafiło do członków fanklubu jeszcze w marcu i był to niezwykły rarytas – płyta DVD z zapisem całego koncertu z holenderskiego Den Bosch (20.04.2006). Drugim był singiel zwiastujący trzeci album. Na "małą płytkę" trafiły kompozycje "02 Panic Room" (w dwóch wersjach), "Lucid Dream IV" oraz znany z koncertów "Back To The River". Singel trafił do sklepów 15 czerwca. Riverside w tym czasie odbywał małe tournee jako "special guest" na trasie "Chaos In Motion" ikony progmetalu – Dream Theater.

Chaos In Motion Tour

Warszawski kwartet otwierał siedem koncertów Teatru Marzeń. Występy na jednej scenie z tak wielkim zespołem były dla Riverside zarówno nagrodą, jak również nie lada wyzwaniem i okazją do rozwoju. To dla nas olbrzymia szansa i możliwość dotarcia do większej ilości ludzi – mówił Mariusz – dzięki tej trasie nasze marzenia stały się trochę bardziej rzeczywiste. Dziesięć lat temu Dream Theater był dla nas wielkim zespołem. Ich albumy "Images and Words" i "Awake" były niczym progresywne biblie. Teraz być z nimi w trasie to cudowne uczucie i zrobimy wszystko, żeby być dla nich dobrym partnerem. Wierzę, że damy radę. O ile pierwszy wspólny wieczór w katowickim Spodku nie wypadł najlepiej, następne występy w Berlinie, Esch i Bonn przyniosły sporo ciepłych recenzji.

W lipcu zespół odwiedził festiwale w Niemczech i Turcji, a już w sierpniu, dzięki uprzejmości radiowego dziennikarza Piotra Kosińskiego, światło dzienne ujrzała duża porcja nowej muzyki. Kosiński w swojej audycji "Noc Muzycznych Pejzaży" zaprezentował trzy premierowe utwory z nadchodzącej płyty – "Parasomnia", "Embryonic" i "Through The Other Side". Wrzesień minął muzykom na przygotowaniach do dużej polskiej trasy promującej trzeci album.

Rapid Eye Movement"Rapid Eye Movement" w Polsce ukazał się 24 września nakładem Mystic Production. Inside Out wydał album w Europie i Stanach Zjednoczonych odpowiednio 28 września i 9 października w wersji dwupłytowej.

Dziennikarze i przede wszystkim fani dociekali dlaczego powstała dwupłytowa wersja albumu, i czemu nie jest ona dostępna w Polsce. Kulisy tej nieco dziwnej polityki wydawniczej tłumaczył w wywiadzie Mariusz: Plan był taki – w Polsce wydajemy singel "02 Panic Room" z utworami dodatkowymi, a za granicą te utwory znajdą się na wydawnictwie dwupłytowym. Wytwórnia Inside Out słynie z tego, że wydaje albumy w kilku wersjach, również w wersji limitowanej, z dodatkowym materiałem. Chcieli mieć coś więcej niż tylko utwory z singla, które, powiedzmy szczerze, każdy może sobie ściągnąć z Internetu. Początkowo mieliśmy tam umieścić materiały wideo, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu. Mieliśmy w zanadrzu jeszcze dwa fragmenty utworów, które zaczęliśmy podczas tej sesji. Po ich skończeniu i nagraniu okazało się, że wyszły nam całkiem przyzwoite kompozycje. Tymi dwiema nagranymi w ostatniej chwili kompozycjami były "Behind The Eyelids" i "Rapid Eye Movement".

 

Tylko pierwszy dysk jest kontynuacją trylogii, a zawarte na nim utwory podzielone zostały na dwie części: "Fearland" i "Fearless"

 

FEARLAND:

Beyond The Eyelids – niezwykle mocne otwarcie. Po klimatycznym początku utwór przeradza się w nerwowy, mroczny popis instrumentalny. Dopiero końcówka za sprawą ładnego, płynnego sola gitary przynosi odrobinę ukojenia

Rainbow Box – układ podobny jak na debiucie. Po długim, kilkuwątkowym utworze na początku, następuje prostsza, krótsza kompozycja. To Riverside w wydaniu hardrockowo – psychodelicznym

02 Panic Room – singel. Do bólu solidny rockowy utwór. Dobre, dynamiczne otwarcie prostą zagrywką bębnów i intrygującym basowym riffem. Jest tu ładne solo Grudzińskiego i chwytliwy refren. Na końcu czeka "ukryta" coda, z cudowną melodią gitary i fortepianu, oraz przejmującym wokalem Mariusza

Schizophrenic Prayer – dziwna, nieco tajemnicza kompozycja, hipnotyzująca jednostajnym rytmem i wokalizami. Charakterystyczna dla Riverside zabawa orientalizmami. W utworze wykorzystano instrumenty perkusyjne, na których gościnnie zagrał Artur Szolc

Parasomnia – mistrzowska zabawa kontrastami. W ciągu ośmiu minut zespół zaprezentował tu większość swoich zalet. Sporo dobrych melodii, ładne tła klawiszowe, nieustannie pracująca gitara (raz snująca ładne solo, raz uderzająca ciężkimi riffami) i prowadząca całość wyrazista sekcja rytmiczna. Co zachwyca w tym utworze to łatwość przechodzenia między skrajnymi klimatami, żonglerka emocji. Riverside potrafi pobudzać, straszyć a także koić i wyciszać niemalże równocześnie. Krzyk i szept obok siebie.

 

FEARLESS:

Through The Other Side – wyciszenie. Czterominutowa zgrabna ballada

Embryonic – druga ballada. Klasyczne, wyciszone Riverside. Rzecz jakby wyjęta z mini albumu "Voices In My Head". Na miejscu będę tu też pewne skojarzenia z "In Two Minds"

Cybernatic Pillow – powrót pełnego instrumentarium i krótszej formy piosenkowej. Niespełna pięć minut. Dobre solo Grudzińskiego

Ultimate Trip – najdłuższa opowieść na albumie. Sporo melodycznych i rytmicznych pomysłów, a także charakterystycznych zabaw nastrojem. Znakomite, demoniczne solo Łapaja, który w całym utworze prezentuje bardzo szerokie możliwości swojej klawiatury. Podobnie Grudziński, budujący w ciągu trzynastu minut różnorodne klimaty. Utwór kończą radiowe odgłosy znane z otwarcia "The Same River"

 

(zawartość drugiego dysku z zagranicznej wersji wydawnictwa)

Behind The Eyelids – lżejsza, fajnie kołysząca wersja "Beyond The Eyelids". Drugi utwór w którym słychać instrumenty perkusyjne Artura Szolca.

Lucid Dream IV – typowy dla zespołu instrumentalny, mroczny wyścig z fajnym szkieletem rytmicznym i tradycyjnie ciekawymi solówkami Grudzińskiego i Łapaja. Rzecz ciekawsza niż "Mental State..." prezentująca raczej poziom trylogii "Reality Dream". W Polsce ukazał się na singlu "02 Panic Room"

02 Panic Room (remix) – Panic Room widziany oczami Roberta i Magdy Srzednickich. Wyraźniej słychać klawisze, jest też hipnotyzujący sampel wokalu Dudy. Tracimy z "widoku" gitarę Grudzińskiego, która momentami wiedzie prym w głównym mixie (mamy za to krótką wstawkę na akustyku).

Back To The River – instrumentalny utwór funkcjonujący początkowo tylko na koncertach pod tytułem "Shine On" lub "Instrumental – Shine On". Zawiera motyw z kompozycji "The Same River", jak również kilka celowych odniesień do twórczości Pink Floyd ("Don't Leave Me Now", "Shine On You Crazy Diamond"). Wydany podobnie jak "Lucid Dream".

Rapid Eye Movement – tajemnicza, mroczna zabawa klimatem i dźwiękiem. Najbardziej nietypowy utwór w dorobku grupy. Brzmi niczym zapis spontanicznego "jamu". Udany eksperyment Mariusza z wykorzystaniem głosu jako kolejnego instrumentu. Blisko trzynastominutowe dzieło imponuje wciągającą atmosferą i umiejętnie dozowaną dramaturgią. Porywający riff Grudnia w końcówce dodaje optymizmu tej niepokojącej kompozycji

Na "Rapid Eye Movement" zespół kontynuuje swoją muzyczną i tekstową podróż znaną z dwóch poprzednich albumów, nie znaczy to jednak, że nie można dostrzec w tym materiale pewnych zmian. Szczególnie jeśli chodzi o brzmienie mamy tu do czynienia z dużym postępem, co zgodnie podkreślali muzycy mówiąc, że "REM" to zdecydowanie najlepiej wyprodukowany album z całej trylogii. Ze zmian stricte muzycznych zwraca uwagę mniejsza ilość solówek Grudnia, którego gitara tym razem częściej ciężko riffuje niż prowadzi płynną melodię. Nowością są tu też niezbyt częste ale jednak dość wyraźne sygnały psychodeliczne i transowe. Do łask wróciła gitara akustyczna, której dźwięki pojawiają się w dwóch kompozycjach.

Zespół zaprezentował więc muzykę nieco inną niż na dwóch poprzednich albumach, ale utrzymaną w tym samym stylu. Mariusz tłumaczył konsekwencję zespołu i oszczędne eksperymentowanie na przykładzie zapałek: Wyobraź sobie, że masz pudełko zapałek. Każda zapałka to inny element muzyczny. Twoim zadaniem jest trzymanie się tych 50, czy też 48 patentów, mieszając je ze sobą, kombinując na różne sposoby, ale nie wychodząc poza pewne ramy. Wtedy jest szansa na stworzenie spójności. Bezgraniczne eksperymentowanie może skończyć się tym, że nigdy nie osiągniesz własnego stylu.

Mimo, że album jest częścią większego, trzypłytowego konceptu, ma on także swoje własne tematy przewodnie. Są nimi dualizm i sen. Według autora tekstów kluczowym utworem nie tylko "REM" ale całej trylogii jest utwór "Parasomnia": Pojawia się w nim ważny dla nowej płyty temat dualizmu każdego z nas. W tym utworze drugie "ja" bierze górę nad pierwszym. Pojawia się tzw. "Mr. Hyde", ciemna strona naszego bohatera, który prawdopodobnie zrobił coś... złego. Kto wie, może z powodu tego strasznego wydarzenia, którego nie chciałem do końca wyjaśniać, bohater zamknął się w sobie.

Wnioski do których dochodzi bohater mogą wydać się zaskakujące. W utworze "02 Panic Room" wspomina on czasy samotności znane z pierwszego albumu, a w kompozycji "Embryonic" marzy o powrocie do samotni. Ostatecznie pod koniec ostatniego na krążku "Ultimate Trip" słyszymy odgłosy radia otwierające utwór "The Same River". Historia zatoczyła więc pełne koło, bohater wrócił do punktu wyjścia.

Płyta już w sierpniu, blisko miesiąc przed premierą "wyciekła" do Internetu. Gdy już trafiła oficjalnie do sklepów posypały się recenzje, które po raz pierwszy w karierze zespołu były zróżnicowane. Tradycyjnie przeważały opinie pozytywne i bardzo pozytywne, jednak tym razem nowa muzyka Riverside doczekała się też kilku cierpkich słów. Jeden z dwóch rozczarowanych krytyków portalu artrock.pl tak pisał o powodach swojego niezadowolenia: Pierwszym powodem okazał się klimat. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, zwłaszcza gdy widzi się, że zrobiła się za głęboka, albo woda przestała być świeża. Z muzyką też jest coś nie tak. Mimo że materiał zagrany jest bezbłędnie i świetnie brzmi, nie robi takiego wrażenia. To bezbłędne granie wydaje się być bez żadnego polotu, chęci, czy radości. Żaden utwór nie porusza mnie ani trochę. Wchodzą jednym uchem i wylatują drugim mówiąc jedynie, co mają do powiedzenia.

Tymczasem nawet "na łamach" tego samego portalu można było przeczytać recenzję kompletnie odmienną. Mariusz Danielak w swojej ocenie "REM" pisał: To płyta w klasycznym riversidowym stylu, bo że kwartet taki ma, niniejsza płyta dobitnie przekonuje. Być może "REM" z wszystkich dotychczasowych albumów jest najmniej "przystępny" na pierwsze śniadanie. Gwarantuję jednak, że to tylko pozory. Poświęcenie płycie większej ilości czasu pozwala na odkrycie jej prawdziwego piękna, niesamowitych (może najlepszych?) melodii. W podobnym tonie wypowiedział się dziennikarz pisma "Teraz Rock" dając płycie cztery gwiazdki (na pięć możliwych) i pisząc: REM jest po prostu kontynuacją drogi z dwóch poprzednich płyt. Produkcja jest bardziej klarowna i pełniejsza niż wcześniejsze. Większa różnorodność brzmień klawiszowych cieszy, ale raczej nie zaskakuje. Czyli zespół utrzymuje formę. To ich nowa, znakomita płyta. I kropka.

Piotr Miecznikowski z "Mystic Art" pisał z kolei: Stylistyka pozostaje wciąż ta sama, jednak w nowych kompozycjach słychać, że Panowie mają więcej "skrzydeł". Jest dynamicznie i lekko zarazem, ta jakże trudna równowaga to naprawdę rzadko spotykane mistrzostwo. Riverside już teraz osiągnęli więcej niż setki innych zespołów, ale po wysłuchaniu "REM" staje się całkowicie jasne, że to dopiero początek i że tych ludzi stać jeszcze na wiele!

Poza granicami Polski opinie pochlebne przeważały już zdecydowanie. Dużo i pozytywnie pisali Niemcy i Holendrzy, którzy zwykle umieszczali "REM" wśród najciekawszych wydawnictw 2007 roku.

W obliczu pierwszej poważniejszej krytyki muzycy Riverside nie chowali głowy w piasek. Piotr Grudziński umiejętnie bronił nowego albumu w wywiadzie dla Radioaktywnego, zwracając się szczególnie do grupy krytyków twierdzących, że na "REM" jest zbyt mało innowacji: Myślę, że ta płyta jest bardzo dobrym zakończeniem trylogii. Przede wszystkim chodziło o to, żeby te płyty miały dużo części wspólnych – przypominał gitarzysta – Ponieważ jest to trylogia nie mogliśmy, ani nie chcieliśmy zrobić płyty, która byłaby zupełnie z innej bajki, w innym klimacie. Dla Mittloffa z kolei podział na słuchaczy zadowolonych i niezadowolonych był czymś zupełnie normalnym: Polaryzacja to chyba naturalny objaw. Zazwyczaj słuchacze dzielą się na tych za i przeciw – mówił perkusista w wywiadzie dla "Mystic Art" – Naszym zdaniem na tej płycie jest wszystko za co kochają Riverside i jeszcze trochę nowości za które mogą pokochać. Trzeba tylko chcieć zagłębić się w tą płytę.

Także Mariusz Duda wypowiadał się spokojnie: to już jest ten etap, że nie można uszczęśliwić wszystkich. Teraz już zawsze będą podziały fanów.

Reakcja masowej publiczności była dowodem na to, że to zespół miał rację. "Rapid Eye Movement" tydzień po premierze zadebiutował na 23 miejscu polskiej listy najlepiej sprzedających się płyt OLIS, by w drugim tygodniu wskoczyć na miejsce 2! Stało się jasne, że Riverside przeszedł do wyższej ligi, że muzyka zespołu będzie teraz docierać do szerszej publiczności. Potwierdziła to też wrześniowo – październikowa trasa po Polsce. Rozpisany na szesnaście miast Tour zgromadził najliczniejszą w historii zespołu publiczność, jak również przekonał sporą część malkontentów do nowej muzyki. "Beyond The Eyelids" z miejsca stał się "otwieraczem" występów, a "Panic Room" i "Ultimate Trip" porywały słuchaczy, brzmiąc jeszcze potężniej niż na płycie.

Niestety nie obyło się bez komplikacji. Jeszcze na początku października struny głosowe Mariusza Dudy odmówiły posłuszeństwa. Zespół był zmuszony przełożyć pięć koncertów i zrobić tygodniową przerwę. Na szczęście po tym wymuszonym urlopie wszystko wróciło do normy. Listopad i pierwszą połowę grudnia grupa spędziła koncertując poza Polską. Riverside już tradycyjnie dotarli ze swoją muzyką do Holandii, Belgii i Niemiec, a także do państw skandynawskich – Finlandii, Szwecji i Norwegii. Grupa wystąpiła także w Londynie przed żywo reagującym półtysięcznym audytorium.

Na początku grudnia, w czasie gdy muzycy objeżdżali Europę, swoją premierę miał pierwszy profesjonalny klip Riverside wyprodukowany przez ekipę Inbornmedia do utworu "02 Panic Room". Reżyserią teledysku zajęli się Maciej Pawelczyk i Radek Wikiera, a zdjęcia które odbyły się pod koniec października wykonał Jakub Jakielaszek.

Zespół jeszcze nie zakończył promocji "Rapid Eye Movement", a coraz częściej dało się słyszeć ciekawskie głosy -  "co dalej?". Riverside był wolny od trylogii i muzycy mogli sięgnąć po inne "pudełko zapałek". Mariusz Duda zapewniał, że grupa zrobi wszystko, żeby czwarty longplej nie okazał się kolejną częścią "Reality Dream Trylogy", ale przed nową muzyką, będzie jeszcze czas na podsumowanie starej. W 2008 roku będziemy chcieli zagrać trasę pod tytułem "Reality Dream Tour" rejestrując wszystkie koncerty. Później, z myślą o albumie koncertowym lub wydawnictwie DVD, coś z tego wybierzemy.

Jeśli chodzi o nowy materiał zespół nie ukrywał, że z radością widzi przed sobą zupełnie czystą kartę do zapisania. Duda zapowiadał, że Riverside odejdzie od kilku stałych elementów swoich wydawnictw: Na pewno zrezygnujemy z trzyczłonowego tytułu i z dziewięciu utworów - i dalej jeszcze mocniej puszczał wodze fantazji - albo zrobimy dwanaście krótkich piosenek w ogóle niezwiązanych z rockiem progresywnym, albo zrobimy dwie instrumentalne kompozycje, które wprawią w irytację wszystkich naszych najzagorzalszych fanów. Zrobimy to, na co będziemy mieli ochotę. Z pewnością będzie to inna płyta niż trzy dotychczasowe.

Już te wstępne, luźne zapowiedzi działały na wyobraźnie, ale przecież na nową muzykę trzeba było poczekać ponad półtora roku. Tymczasem rok 2008 miał być okresem podsumowań, krótkich tras koncertowych i... pozazespołowego debiutu Mariusza Dudy. Jako pierwsi za podsumowanie wzięli się czytelnicy pisma "Teraz Rock". Po tradycyjnym głosowaniu okazało się m.in. że Piotr Grudziński był w 2007 roku najlepszym polskim instrumentalistą. Oprócz tego zwycięstwa, grupa zaznaczyła swoją obecność jeszcze w kilku innych kategoriach (m.in. drugie miejsce a kategorii "zespół", i czwarte "nadzieja". Płyta "Rapid Eye Movement" zajęła pozycję trzecią).

W momencie ogłoszenia wyników zespół już pracował na uznanie i zainteresowanie słuchaczy w nowym, 2008 roku. Jeszcze w pierwszej połowie stycznia Riverside zrobili krótkie post scriptum do "Rapid Eye Movement Tour". Między 10 a 20 stycznia pojawili się w Olsztynie, Lubinie, Lublinie i Białymstoku. W połowie marca dotarli jeszcze do Poznania i Zabrza, a na dobry początek wiosny grupa poleciała do Meksyku, żeby wystąpić na cenionym festiwalu Baja Prog.

Schizophrenic  PrayerKoncertów w tamtym okresie nie było zbyt wiele, ale fani nie mieli prawa narzekać na brak wrażeń. W lutym i marcu przez anteny muzycznych telewizji MTV i VH1 przemknął klip "Panic Room", a singel z tą kompozycją 12 marca otrzymał status "złotej płyty". Pięć dni później na rynku ukazała się kolejna "mała płytka", tym razem zatytułowana "Schizophrenic Prayer". Jej ukazanie się stanowiło swoistą spłatę długu wobec polskiej publiczności, która do tego czasu miała utrudniony dostęp do kompozycji z drugiego dysku z zagranicznej wersji "Rapid Eye Movement" ("Behind the Eyelids" i "Rapid Eye Movement") wydanego przez Inside Out. Na singel, oprócz "Schizophrenic Prayer" (oryginał plus remix) i dwóch utworów z zagranicznego wydania ostatniego albumu, trafiła także nowa kompozycja – "Rainbow Trip". W rolę bonusu wcielił się klip do "Panic Room". W sumie ponad półgodziny materiału nie licząc teledysku.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że status singla może nieco krzywdzić to bogate wydawnictwo. Bardziej pasowałoby tu miano minialbumu, tym bardziej, że płyta została dobrze przemyślana także pod kątem charakteru, brzmienia i klimatu. Wszystkie kompozycje ukazywały zespół od strony tajemniczej, onirycznej, balansującej między elektroniką i transem. Wiem, że część naszych fanów chciałaby, żeby muzycznie tak właśnie wyglądała nasza ostatnia płyta – komentował Mariusz - słowo "oniryczny" kojarzy się głównie z taką przestrzenną muzyką jak np. w kompozycji "Rapid Eye Movement". Z jednej strony żałuję, że ten utwór wraz z "Behind The Eyelids" ukazał się do tej pory tylko za granicą na dwupłytowej edycji "REM", bo wiele osób tych utworów u nas jeszcze nie zna, z drugiej bardzo się cieszę, bo polscy fani będą mogli zapoznać się teraz w pełni z całą ubiegłoroczną dodatkową sesją nagraniową.

Spragnionym koncertów odrobinę ukojenia przyniósł maj. W połowie miesiąca zespół ruszył na mini trasę po Polsce (Gdynia, Bydgoszcz, Piekary, Kraków, Łódź). Kulminacyjny wieczór wypadł 17 maja w łódzkiej hali telewizyjnej Toya. To tam Riverside dał ponad dwugodzinny koncert będący podsumowaniem całej trylogii i zarazem materiałem na planowane wydawnictwo DVD. W Toyi stawiło się około tysiąca fanów w tym goście z innych miast (nawet krajów, wszak pojawili się reprezentanci Niemiec i Holandii), a także fanklubowicze "Voices in my Head" (ci tradycyjnie w przypadku takich wyjątkowych imprez mieli wejście gratis). Zespół jak zawsze stanął na wysokości zadania prezentując show godne rejestracji i wydania DVD. Oprócz świetnie wykonanego materiału z trzech dużych płyt, przygotowano najlepsze w historii oświetlenie i ekrany, na których cały czas wyświetlane były klimatyczne wizualizacje.

Tym, których majowe emocje nie zadowoliły, pozostało łapanie Riverside na letnich festiwalach. Grupę można było zobaczyć m.in. w Węgorzewie i Inowrocławiu, gdzie po raz pierwszy wykonania na żywo doświadczył utwór "Rapid Eye Movement", a także na holenderskim Bospop w Weert (tu obok takich tuzów jak Anathema, Europe, Thin Lizzy, ZZ Top i Opeth). Koncertowanie festiwalowe przeciągnęło się do jesieni, bo jeszcze we wrześniu zespół poleciał za Ocean, żeby zaprezentować się na ProgPower (USA) i FMPM Festival (Kanada).

Także we wrześniu do sklepów trafiła płyta solowego projektu Mariusza "Lunatic Soul". Duda rejestrował swoje pierwsze pozazespołowe kompozycje od początku roku korzystając z pomocy kilku znanych i uznanych muzyków – Macieja Mellera, Wawrzyńca Dramowicza, Michała Łapaja i Macieja Szelenbauma. Powstał album mroczny i gęsty od różnorodnych dźwięków, często dobywanych z niecodziennego instrumentarium (m.in. kalimba). Kierując swoją twórczość w stronę klimatycznych dokonań spod znaku Petera Gabriela, Dead Can Dance, czy Clannad, lider Riverside stworzył tajemniczy i wciągający koncept o podróży w zaświaty. "Lunatic Soul" zebrał bardzo dobre recenzje, a w głosowaniu słuchaczy audycji Noc Muzycznych Pejzaży okazał się najciekawszym albumem roku.

Reality DreamNa koncerty Lunatic Soul niestety nie było szans, gdyż z założenia na tym etapie, był to projekt studyjny. Natomiast na trasę koncertową w listopadzie wrócił Riverside. Co jest już tradycją, grupa najpierw odwiedziła kilka polskich miast (dając m.in. fantastyczny koncert w eleganckiej sali Radia Wrocław) by później pojeździć trochę po Europie zachodniej. Do historii przejdzie szczególnie występ w słynnym amsterdamskim klubie Paradiso, który był transmitowany na żywo przez Internet. Podczas trasy można było zaopatrzyć się w pierwszą oficjalną (choć limitowaną) koncertówkę "Reality Dream". Na to dwupłytowe wydawnictwo, trafił prawie cały zapis majowego koncertu z łódzkiej Toyi (bez "Loose Heart", "Dance with the Shadow", "I Believe" i "Lucid Dream IV").

Listopadowo – grudniowa trasa "Reality Dream" była ostatecznym "rozprawieniem się" i pożegnaniem z trylogią. Zespół już od lata pracował nad nowymi utworami i konceptem na następny album – "Anno Domini High Definition". Pod koniec stycznia'09 Duda, Kozieradzki, Grudziński i Łapaj ponownie weszli do studia, tym razem "X" w Olsztynie, żeby zarejestrować kolejne riversidowe dzieło. W tym samym czasie ruszyła też specjalnie przygotowana strona internetowa, na której muzycy co kilka dni informowali o postępie prac, przemycali fotografie i fragmenty tekstów z nowej płyty.

Voices In My Head, Second Life Syndrome

Voices In My Head, Second Life Syndrome

Voices In My HeadZ myślą głównie o członkach fanklubu (ten powstał jesienią 2004 roku pod nazwą "Voices In My Head") zespół w marcu'05 wydał mini album "Voices In My Head" mający umilić najwierniejszym fanom oczekiwanie na drugą płytę i utrzymać zainteresowanie zespołem. Wydawnictwo pierwotnie miało być limitowane i trafić tylko w ręce klubowiczów. Ostatecznie jednak mini album dotarł także do sklepów i dobrze się stało, bo trwająca niespełna czterdzieści minut płytka zawierała sporo ciekawego materiału. Oprócz trzech koncertowych wersji utworów z debiutu na krążku znalazło się także pięć premierowych kompozycji.

 

 

Us – miniaturka. Mroczny, chłodny klawisz, gitara akustyczna i głos Mariusza. Wciągający, ulotny klimat

Acronym Love – bardziej złożona forma. Jest tu spokojna część piosenkowa, która płynnie przechodzi w żywszy fragment instrumentalny. Rzecz z rejonów art rocka

Dna ts. Rednum or F. Raf – bardzo ciekawy utwór, zdecydowanie inny niż wszystkie w dotychczasowym dorobku zespołu. Ponad siedmiominutowy, z uparcie powtarzanym motywem gitarowym i wciągającym wokalem Dudy. Na mrocznym tle ładnie brzmi gitara akustyczna. Mimo, że mamy tu do czynienia z maszyną perkusyjną i całość daje wrażenie mechaniczności, kompozycja ma w sobie dużo uroku i niepowtarzalnego klimatu

The Time I Was Daydreaming – piękna ballada oparta na brzmieniu gitary akustycznej. Jakby kontynuacja Riverside spod znaku "In Two Minds" i "I Believe". Tak jak w przypadku tamtych kompozycji mamy tu znakomitą melodię, delikatną gitarę, ładne, subtelne solo i kapitalny, przejmujący wokal Mariusza

Stuck Between – znów maszyna perkusyjna, ale tu wykorzystana w prostej formie piosenkowej. Ładne tło klawiszowe i takiż wokal Dudy. Dowód na to, że zespół stać na komponowanie rzeczy bardzo prostych, melodyjnych, potencjalnych radiowych przebojów.

 

"Voices In My Head" zawiera wynik pracy studyjnej ze stycznia i lutego 2005 roku, i uwydatnia delikatniejszą stronę twórczości Riverside. Kompozycje z tej płyty nie są pełnym obrazem zespołu. Tylko trzy nich doczekały koncertowych wykonań ("Us", "The Time I Was Daydreaming" grany w pięcioosobowym składzie z gościnnym udziałem dodatkowego basisty i "Acronym Love") a tylko w jednej słychać żywą perkusję Mittloffa. Jednak z drugiej strony dźwiękom z minialbumu nie można odmówić subtelności, charakteru i uroku, a Riverside komponując taką rzecz jak "Dna ts. Rednum Or F. Raf" wykazał dużą pomysłowość i odwagę.

Nie lada gratką są tu także trzy wykonania koncertowe – "I Believe" w zmienionej wersji, "Out Of Myself" i "Loose Heart". Nagrania na żywo zostały zarejestrowane podczas majowego koncertu w warszawskim Traffic Clubie w 2004 roku i ukazują zespół w wysokiej formie. "Voices" jest ważnym wydawnictwem także z racji studyjnego debiutu w barwach zespołu klawiszowca Michała Łapaja, który świetnie sprawdził się na żywo, ale jego postawa w studiu była pewną niewiadomą. Michał podołał zadaniu, co słychać w wielu momentach tego krążka, a chyba przede wszystkim w pełnym klawiszowych i fortepianowych brzmień "Acronym Love".

Recenzentowi "Teraz Rocka" najbardziej przypadł do gustu kawałek "Dna ts. Rednum Or F. Raf" i nie był on w tej opinii odosobniony. Pisał on w recenzji dla swojego pisma: Dna ts. Rednum Or F. Raf przykuwa uwagę elektronicznym podkładem, orientalizmami, żonglerką tempami. To najciekawszy kawałek, pozwalający spodziewać się po Riverside coraz to bardziej odkrywczych poczynań. Fani zainteresowani byli tajemniczym tytułem, który na pierwszy rzut oka jest przypadkowym zbitkiem liter. Tymczasem jest to lustrzany i udziwniony kropkami zapis zdania "Far From Understand".

Na początku kwietnia 2005 roku grupa zrobiła trzykoncertowe przetarcie w Polsce (Kraków, Warszawa, Wrocław) i ruszyła na podbój Europy zachodniej. Duda, Grudziński, Kozieradzki i Łapaj dali po dwa występy w Holandii, Belgii, Niemczech i po jednym we Francji i Szwajcarii. Tamta pierwsza europejska trasa była niezbitym dowodem na to, że popularność Riverside sięga także poza granice naszego kraju, i że jest szansa bardziej zainteresować Europę progresem znad Wisły.

Dobra passa nie opuszczała zespołu. W lipcu Riverside podpisał umowę na dwie płyty z dużą, cenioną wytwórnią zajmującą się muzyką z rejonów szeroko rozumianego progresu – Inside Out. Tym samym warszawski zespół mógł być już spokojny o wydanie drugiego albumu na świecie, stosowną jego promocję i trasę koncertową. Riverside niebawem miał trafić do dużego katalogu Inside Out obok takich nazw jak Neal Morse, Spocks Beard, Paatos, Pain Of Salvation, Steve Hackett czy Flower Kings.

Muzycy nie ukrywali, że czują na sobie presję, ale z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że doskonale sobie z nią radzili. We wrześniowym wywiadzie, poprzedzającym wydanie drugiej płyty Piotr Grudziński mówił: Presja jest naprawdę ogromna. Żaden z nas nie spodziewał się takiego sukcesu "Out Of Myself" chyba nawet w najśmielszych snach. Teraz rzeczywiście nie lada wyzwanie utrzymać poziom, zaskoczyć, udowodnić, że "Out Of Myself" to nie przypadek. Wtórował mu Mariusz Duda: Czujemy presję, bo wiemy, że jest to bardzo ważny moment dla naszej kariery. Albo potwierdzimy tą płytą, że jesteśmy oryginalnym zespołem, który ma coś do powiedzenia w muzyce, albo nie.

Po powrocie z trasy europejskiej "widmo" drugiej płyty mocno zajrzało w oczy muzyków, ale mieli oni prawo czuć się pewnie, bo w koncertowym repertuarze nie brakowało nowych utworów. Podczas koncertów grupa wykonywała już nowe numery, np. fragment nowej suity (niebawem miało się okazać, że to pierwsza część utworu "Second Life Syndrome") czy "Volte-Face", których brzmienie potwierdzało słowa Mariusza, że nowy album będzie ostrzejszy. Stałym punktem koncertów był też kawałek "Reality Dream III", wyglądało więc na to, że nowy repertuar jest w dużym stopniu przygotowany. We wrześniowym wywiadzie Michał Łapaj przyznawał: Przed wejściem (do studia) mieliśmy przygotowane prawie 90% materiału. Została tylko kosmetyka poszczególnych kompozycji typu wstawianie różnorakich sampli, czy też loopów.

Second Life SyndromeRiverside weszli do studia Serakos w lipcu i uwinęli się z procesem nagraniowym przed końcem sierpnia. Efekt pracy trafił w ręce państwa Srzednickich, którzy zajęli się produkcją i Jacka Gawłowskiego specjalisty od masteringu. Co warte odnotowania, okładką albumu zajął się słynny Travis Smith, autor obwolut płyt takich artystów jak Anathema, Opeth i Katatonia. Praca nagraniowo – produkcyjna przebiegała po myśli, więc album zatytułowany ostatecznie "Second Life Syndrome" trafił w ręce fanów na czas, wczesną jesienią 2005 roku. Pierwsze egzemplarze dotarły do członków fanklubu już 31 października. Tym razem wydawnictwo, nakładem Inside Out, ukazało się równocześnie na całym świecie.

 

 

After – klimatyczny początek albumu. Płytę otwiera tajemniczy, złowieszczy szept. Następnie na plan pierwszy wychodzi wokaliza Dudy i hipnotyczny rytm bębnów. Ładne, oszczędne solo Grudnia.

Volte Face – bardzo dynamiczny, rockowy kawałek z dłuższą partią instrumentalną na początku. Utwór na krótką chwilę zwolni, by wybuchnąć na sam koniec potężną ścianą dźwięku. Zdecydowanie rejony progmetalowe

Conceiving You – dla kontrastu i wyciszenia. Ładna, krótka ballada z dominującym fortepianem i delikatnym wokalem. Singiel

Second Life Syndrome – ponad kwadrans muzycznej uczty. Doskonała suita składająca się z trzech części. Na początek absolutnie piękna, liryczna, iście gilmourowska zagrywka Grudzińskiego, później szybki fragment wokalno – instrumentalny z rwanym, nerwowym riffem gitary, który prowadzi do znakomitego, melodyjnego refrenu. Druga część jest bardziej stonowana, zadumana, prym wiedzie tu pianino Łapaja. Całość wieńczy ładny popis instrumentalny

Artificial Smile – rzecz dalece prostsza, za to pełna metalowej furii

I Turned You Down – wyciszenie. Piosenkowy format, ładne solo Grudzińskiego.

Reality Dream III – trzecie odsłona "snu na jawie". Nerwowa, mroczniejsza niż poprzednie, z demoniczną solówką fortepianu i ciężką, metalową partią gitary

Dance With The Shadow – druga obok utworu tytułowego tak długa i tak ambitna rzecz na albumie. Utwór trwa prawie dwanaście minut i zawiera w sobie tyle muzycznych pomysłów, smaczków i emocji, że inne zespoły mogłyby na bazie tej kompozycji nagrać cały album. Mamy tu zdecydowanie mroczną, bardziej zadziorną, progmetalową twarz Riverside. Pod wieloma względami rzecz reprezentatywna dla brzmienia grupy

Before – tak jak w przypadku debiutu album próbuje się na koniec wyciszyć. "Before" sprawia początkowo podobne wrażenie, co "OK" zamykający poprzednią płytę, ale tutaj za sprawą gitary w dalszej części kompozycji robi się bardzo ciekawie i dramatycznie. Całość kończy przeszywający krzyk Dudy

 

Conceiving You CDSThe Piece Reflecting the Mental State of One of the Member of Our Band – instrumentalny kawałek, który nie trafił na płytę. Znajduje się na singlu "Conceiving You". Szybki, zadziorny z ciekawą melodią gitary. Stały punkt wczesnych koncertów. Wykonywany na bis miał obrazować samopoczucie jednego z członków grupy.

 

Na "Second Life Syndrome" wiele wątpliwości zostało rozwianych. Riverside nie jest zespołem jednej płyty, bez trudu udźwignął presję, nagrał album inny niż debiut, a co najważniejsze równie dobry. Na "Second Life Syndrome" Riverside jest zespołem odważniejszym, jakby jeszcze bardziej pewnym tego, co robi.

Na albumie dostrzegalne są dwa bieguny stylistyki warszawskiego kwartetu. Z jednej strony delikatność, melodia i subtelne solo ("Conceiving You", "I Turned You Down") z drugiej zadziorność, mrok i iście metalowy ciężar ("Artificial Smile", "Dance With The Shadow"). Tymczasem zespół sięgnął szczytów w momencie, kiedy wypracował między tymi przeciwieństwami idealny kompromis – utwór tytułowy. To właśnie trwający ponad kwadrans "Second Life Syndrome" jest definicją stylu Riverside i właściwie trudno jednoznacznie powiedzieć, czy to jest jeszcze art rock czy już progmetal.

Tak czy inaczej w długiej suicie zespół zawarł najwięcej charakterystycznych cech swojego stylu. Są tu piękne melodie gitary i klawiszy, mamy nerw i zadziorność, delikatność i subtelność, są dłuższe partie solowe, wieńcząca całość, frunąca lekko partia instrumentalna, ale jest też znakomity, melodyjny refren. Czy połączenie tego wszystkiego jest możliwe? Dla Riverside, jak widać jest.

Recenzje ponownie były bardzo pochlebne. Łukasz Wewiór w "Teraz Rocku" napisał: Chłopaki na "Second Life Syndrome" przywalili jak nigdy, oczywiście w ramach stylistyki progresywnego rocka. Długo się zbierali, wszak musieli sprostać sporym oczekiwaniom. W rezultacie powstała znacznie mocniejsza od "Out Of Myself" i utrzymana na równie wysokim poziomie płyta. Recenzji znów towarzyszyły aż cztery gwiazdki.

Bardzo ciepło o nowym albumie napisał również recenzent "Mystic Art": album, którego słucha się z czystą rozkoszą. Muzyka porywa słuchacza bezwolnie, kojąc i relaksując (...) to znów uderzają w nieco dynamiczniejszą nutę (...) całość brzmi wybornie. Płyta z której krajowa scena muzyczna powinna być wyjątkowo dumna. Jeśli ktoś po tak entuzjastycznej recenzji mógł mieć jeszcze jakiekolwiek wątpliwości to ocena dziesięć na dziesięć rozwiewa je kompletnie. Równie pozytywne opinie dominowały w rockowej i metalowej prasie zagranicznej. Szczególnie chętnie o "Second Life Syndrome" pisali Niemcy i Holendrzy.

Apetyty słuchaczy zostały maksymalnie rozbudzone, tymczasem zespół na jesień 2005 roku zaplanował tylko jeden koncert w kraju, skupiając się na zagranicznych festiwalach. Jedyny typowo promocyjny występ odbył się 17 listopada w poznańskim Zeppelin Hall i zgromadził ponad osiemset osób. Słuchacze zjechali z całej Polski, oprócz Poznaniaków w stolicy Wielkopolski pojawił się m.in. spory desant fanów z Wrocławia i cały zorganizowany autobus z Warszawy. Warto było być tego wieczora w Zeppelin Hall, bo zespół zagrał wówczas ponad dwugodzinny set i mimo, że był to pierwszy po dłuższej przerwie występ na żywo, potwierdził prawidłowy rozwój grupy.

Koncert bardzo podobał się dziennikarzowi "Mystic Art" Bartoszowi Donarskiemu, który pisał w swojej relacji: Koncert był spektaklem czterech aktorów o naturalnym talencie. Naturalna radość grania i obcowania z fanami. Najważniejsze jest jednak to, że piękna muzyka znana mi z płyt doskonale sprawdziła się na żywo. Wychodząc z Zeppelin Hall towarzyszyła mi myśl, że właśnie dla takich chwil i koncertów warto zajmować się tą muzyką. Że muzyka ma głębszy sens.

Polska prasa muzyczna i słuchacze docenili działania Riverside na przestrzeni całego 2005 roku. Aż pięciu dziennikarzy pisma "Metal Hammer" wymieniło "Second Life Syndrome" w swoim zestawieniu najlepszych dziesięciu płyt roku. Jeszcze łaskawsi byli czytelnicy pisma "Teraz Rock", którzy umieścili zespół w top10 aż pięciu kategorii. Mariusz Duda zajął siódme miejsce wśród najlepszych krajowych wokalistów, Piotr Grudziński dziewiąte miejsce wśród instrumentalistów, singiel "Conceiving You" szóstą lokatę w kategorii przebój, a szyld Riverside uplasował się na drugim miejscu w kategorii zespół roku (wyprzedzając tak znane firmy jak Myslovitz czy Kult!) i zwyciężył ranking nadzieja roku (m.in. przed Comą). Mariusz, Grudzień, Mittloff i Michał mogli czuć satysfakcję.

Dla tych którzy nie dotarli w połowie listopada do Poznania zespół zapowiedział na kwiecień 2006 roku dużą trasę koncertową. W pierwszej połowie kwietnia Riverside zamierzał odwiedzić polskie miasta (m.in. Wrocław, Kraków, Gdańsk) by w drugiej połowie miesiąca wyruszyć za naszą zachodnią granicę. Tradycyjnie grupa planowała odwiedzić przede wszystkim Niemcy i kraje Beneluxu, ale na trasie pojawiły się też po raz pierwszy Madryt, Paryż i słowacka Nitra. "Second Live Syndrome Tour" miał zakończyć się na początku maja koncertem w warszawskiej Proximie. Dzięki umowie z siecią salonów Empik w większości miast muzycy mogli w dniu występu spotkać się z fanami i podpisywać płyty.

Zespół podczas trasy wykonywał urozmaicony set, który składał się zwykle na około dwugodzinny koncert. Na wyjście przygotowano ponad pięciominutową, instrumentalną wariacją zatytułowaną "Back To The River", zawierającą kilka odniesień do twórczości Pink Floyd. Później z głośników płynęły już dźwięki znane z trzech wydanych przez grupą krążków. Prawie w całości można było usłyszeć album "Out Of Myself", z którego nie wykonywano tylko ballady "In Two Minds", a do łask wrócił dawno nie grany "OK". "Second Life Syndrome" był reprezentowany przez sześć lub siedem utworów. Z mini albumu "Voices In My Head" zespół tradycyjnie wykonywał tylko "Acronym Love". Mógł dziwić brak jednego z najmocniejszych punktów drugiego albumu, utworu "Volte-Face". Tak czy inaczej słuchacze, tłumnie przybywający na kolejne kwietniowe koncerty, nie mieli prawa narzekać. Technicy coraz lepiej radzili sobie z nagłośnieniem, a oświetleniowcy coraz trafniej podkreślali i uwydatniali klimat poszczególnych utworów oprawą świetlną.

Tour zakończył się 7 maja występem w warszawskiej Proximie, ale nie był to bynajmniej koniec koncertowania. Niespełna trzy tygodnie później zespół rozpoczął cykl występów na letnich festiwalach, w ramach którego dotarł m.in. do Barcelony na Tiana Prog Fest, do holenderskiego Lichtenvoorde na Arrow Rock Festival (tam wystąpił obok takich tuzów jak Roger Waters, Porcupine Tree, DIO, Deep Purple, Status Quo) a także do Bolkowa na Castle Party. Najważniejszy był jednak pierwszy w historii wypad do Stanów Zjednoczonych. 24 Czerwca 2006 roku Riverside był jedną z atrakcji szanowanego Nearfest Festival. W tym dniu zarówno muzycy jak i organizatorzy koncertu mogli powiedzieć "co się odwlecze to nie uciecze", gdyż polski zespół otrzymał zaproszenie już rok wcześniej. Wówczas kłopoty z uzyskaniem wiz uniemożliwiły debiut na amerykańskiej scenie.

Koncertowa była także jesień'06. Miedzy 14 września a 3 października zespół uczestniczył w mini tournee ProgmetalFest (wespół z Vanden Plas i Aurora Project). Trasa obejmowała siedem występów w Holandii, Belgii i Niemczech. Polscy fani odzyskali Riverside w październiku, kiedy to odbyła się poprawkowa trasa "Second Live Syndrome II". Set różnił się nieco od swojego wiosennego odpowiednika. Z repertuaru zniknęły utwory "Ok.", "Reality Dream I" i "Before", a wrócił do łask potężny "Volte-Face".

Out Of Myself

Out Of Myself

Historia Riverside zaczyna się w samochodzie Piotra Kozieradzkiego podczas wspólnej podróży z Piotrem Grudzińskim. To w ich głowach narodził się pomysł na granie nowoczesnej progresji, zmaterializowany później jako Riverside. Grudziński był wówczas gitarzystą metalowego zespołu Unnamed, z kolei Kozieradzki bębnił w death metalowych kapelach Hate i Domain. Tymczasem, ku zdziwieniu Grudzińskiego, z samochodowych głośników Mittloffa płynęły dźwięki z albumu "Clutching At Straws" neoprogresywnej grupy Marillion. Okazało się, że obaj interesują się progresem i że chcieliby spróbować sił w tym gatunku. Padła luźna propozycja wspólnej próby, do której doszło kilka miesięcy później, u schyłku 2001 roku.

Oprócz Kozieradzkiego i Grudzińskiego w próbie uczestniczył także klawiszowiec Jacek Melnicki, który posiadał własne studio nagraniowe. Ten pierwszy "jam" ponoć nie wyszedł interesująco, ale już druga próba miała wszystko zmienić. Melnicki przyprowadził kolejnego muzyka, basistę Mariusza Dudę. Od tamtej pory nowopowstały projekt był kwartetem, a co ważne na jednej z kolejnych prób Duda pochwalił się swoim talentem wokalnym. Jego improwizacje do wówczas jeszcze instrumentalnych szkiców kompozycji spodobały się kolegom i Mariusz od tamtej pory godził obowiązki wokalisty i basisty.

Mariusz Duda zamknął układankę pierwszego składu grupy. Nie potrzebował wiele czasu, żeby potwierdzić swoją wartość i przydatność do zespołu. W chwili, kiedy zaczął śpiewać stało się jasne, że w Riverside będzie kimś bardzo ważnym. Godząc rolę basisty i wokalisty miał niebawem stać się centralnym punktem grupy i scenicznym liderem. Duda wstępując w szeregi Riverside był już muzykiem wszechstronnym. Poza basem, którego obsługę miał opanowaną w stopniu najwyższym, nieobce mu były także klawisze i gitara klasyczna. Gram na kilku instrumentach, ale mam dwa ukochane: gitarę akustyczną i basową – opowiadał dziennikarzowi pisma "Mystic Art" – gitara akustyczna to instrument, na którym komponuję. W zespole gram na basie, bo kocham rytm. Bas miał dla Mariusza także inne zalety: w zależności od rodzaju muzyki i charakteru utworu można go wykorzystywać na wiele sposobów, np. kontrolować nim sytuację.

Swoją wszechstronność i późniejszy wybór gitary basowej muzyk tłumaczył w jednym z wywiadów: Nigdy nie byłem w stanie skoncentrować się tylko na jednym instrumencie. W zespole stawiałem bardziej na komponowanie niż na dążenie do perfekcyjnego opanowania sztuki gry na instrumencie, na którym właśnie grałem. Z biegiem czasu okazało się, że najpewniej czuję się jednak w grze na basie. Podobała mi się gra Geddiego Lee z Rush, Johna Wettona z King Crimson / UK.

Duda, jak przystało na poszukującego twórcę, słuchał różnej muzyki i jak przyznawał: zamknięcie się w jakimkolwiek stylu jest dla mnie nie do pomyślenia. Pewnie dlatego wiodącym gatunkiem dla Mariusza był rock progresywny, styl w dużym stopniu pozbawiony ograniczeń. Na liście ulubionych płyt basisty znalazł się przekrój całej progrockowej historii. Mariusz wśród najbardziej "osłuchanych" albumów wymienił m.in. wydawnictwa zarówno gigantów z lat siedemdziesiątych – Genesis i Yes, symbolu neoprogresu – Marillion, jak i najważniejszego zespołu najnowszej progresji – Porcupine Tree. Poza tym wspominał o albumach Tangerine Dream, Pain Of Salvation, Dead Can Dance, czy Vangelisa, co jest dowodem szeroko zakrojonych poszukiwań.

Czytając wypowiedzi Mariusza można dojść do wniosku, że z całego spektrum jego muzycznych zainteresowań śpiewanie jest gdzieś w końcu stawki, w cieniu komponowania i gry na instrumentach. W rozmownie z Maciejem Stankiewiczem z "Mystic Art." w 2004 roku Duda opowiadał: śpiewanie? zawsze przychodzi jakoś tak samo z siebie i nie ma znaczenia na czym gram w danej chwili. Śpiewam już około dziesięć lat, ale nauczyłem się wykorzystywać swój głos dopiero w Riverside. Lekcji wokalnych nie brałem. Tymczasem wokal stał się jednym z bardziej efektownych składników twórczości zespołu, magnesem przyciągającym uwagę, znakiem rozpoznawczym. Już pierwsze demo miało pokazać duże możliwości wokalne basisty. Duda potrafił zarówno generować napięcie, tworzyć klimat, albo po prostu bez zbędnych ozdobników opowiadać historię. Z taką samą lekkością przychodziło mu delikatne prowadzenie melodii, jak również metalowe ryknięcie.

Warto zaznaczyć, że Duda jako jedyny w Riverside miał progresywną przeszłość. W latach dziewięćdziesiątych działał w węgorzewskim, progrockowym zespole Xanadu (album "Wczorajsze Ślady" 1996r), w którym był klawiszowcem. Tamten okres wspominał z sentymentem: to był kawałek świetnej szkoły gry na instrumencie i pracy w zespole. Węgorzewska grupa nigdy nie wypłynęła na szerokie wody, a trudno zdobywalne nagrania Xanadu stały się ciekawostką dla przyszłych fanów Riverside.

Piotr "Grudzień" Grudziński w okresie założenia Riverside był już doświadczonym gitarzystą, z prawie dziesięcioletnim stażem w warszawskim, metalowym zespole Unnamed. Grupa ta, mimo że nie odniosła żadnych spektakularnych sukcesów, wydała dwie duże płyty – "Id" i "Duality" – cieszące się pewnym poważaniem w metalowym światku. Unnamed poruszał się po terenach doom/death metalowych.

Grudziński być może nadal byłby członkiem tej grupy gdyby nie chęć muzycznych poszukiwań, które wyprowadziły go z metalu, o którym tak mówił w 2003 roku: nigdy nie pociągała mnie jego brutalna strona, zawsze szukałem melodii, klimatu, przestrzeni, pewnego rodzaju tajemniczości, i w końcu gdzieś w swoich muzycznych poszukiwaniach trafiłem na Anathemę. Każda ich płyta to podróż po bezdrożach melancholii, każdy dźwięk ocieka emocjami – i dodawał – zawsze szukałem dźwięków, które trafiają prosto do serca. Dlatego podziwiałem grę Davida Gilmoura, który niewielką ilością dźwięków trafia zawsze w samo sedno.

Grudziński ze swoim metalowym zacięciem i chęcią emocjonalnych poszukiwań był znakomitym materiałem na progresywnego gitarzystę w nowym stylu. Swój potencjał zaczął wykorzystywać odważnie od pierwszych nagrań w Riverside. Zakreślił szerokie tereny emocjonalne, po których poruszał się bardzo umiejętnie już na płytce promocyjnej. Z jednej strony hipnotyczne riffy, z drugiej cięte, metalowe zagrywki, a do tego piękne, utrzymane w gilmourowskim duchu melodie i solówki. Różnorodność brzmienia swojej gitary Piotr tłumaczył w następujący sposób: wynika to z tego, że ludźmi targają przecież różne emocje, zarówno pozytywne jak i negatywne, chcemy przekazać piękno, jak również mrok, harmonię i niepokój.

Lista ulubionych płyt Grudnia jest dość długa i tak jak w przypadku Dudy, udowadnia szerokie spektrum zainteresowań gitarzysty. Na pierwszym miejscu znajduje się oczywiście Anathema, która przebyła podobną drogę, co sam Grudziński, od metalu do klimatycznego rocka. Z poza progrockowego światka Piotr wskazał krążki m.in. Dead Can Dance, Depeche Mode, Cocteau Twins i Seala. Nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu wydawnictw Pink Floyd, Porcupine Tree i Pain Of Salvation. Piotr wymienił także "Fugazi" Marillion.

Grudzień od początku wierzył w powodzenie nowej misji: Riverside to jak najbardziej pełnoprawny zespół i powiem szczerze wiąże z nim ogromne nadzieje. Wydaje mi się, że to taki zespół, w którym całe życie chciałem grać, gdzie w pełni się realizuje i wiele uczę. Widząc satysfakcję, z jaką gitarzysta wykonuje podczas koncertów swoje partie, naprawdę trudno nie wierzyć w te słowa. Grudziński w "riversidowej" fuzji artrocka i progmetalu odnalazł się wyśmienicie.

Piotr 'Mittloff' Kozieradzki to postać znana i ceniona w death metalowych środowiskach. Popularny Mittloff na długo przed założeniem Riverside zapracował na miano utalentowanego perkusisty. Już na początku lat dziewięćdziesiątych założył w Warszawie grupę Hate, grającą death metal, a później dołączył także do łódzkiej kapeli Domain, poruszającej się w podobnych klimatach. W tych dwóch zespołach udzielał się w latach dziewięćdziesiątych i na początku nowego wieku. Po założeniu Riverside jeszcze krótko współpracował z Domain.

Kozieradzki interesował się raczej mocniejszymi brzmieniami. Nie przeszkadzało mu to jednak w latach osiemdziesiątych zwrócić uwagę Marillion, który ponoć stał się jego ulubionym zespołem, a wydana w 1994 roku płyta "Brave" przez długie lata była według niego "poza konkurencją". I tak w duszy Mittloffa, słuchającego ciężkiej muzyki spod znaku Slayer, kwitła miłość do progresji. Poza Marillion Piotr lubił także oczywiście cięższe odmiany proga, te proponowane przez Dream Theater, Pain Of Salvation i Porcupine Tree.

Perkusista Hate nie często przyznawał się do swoich fascynacji, a już o sympatii do Marillion wiedział mało kto. Mimo to, właśnie w samochodzie Mittloffa narodził się pomysł na Riverside. Już po pierwszej rozmowie z Grudniem o założeniu zespołu wiedziałem, że to będzie to – wspominał pamiętną podróż z Grudzińskim i dodał zaraz: po pierwszej próbie z Mariuszem było dla mnie oczywiste, że to będzie mój jedyny zespół, w którym będę się udzielał całym sobą. I tak też się stało. W 2003 roku jedynym zespołem, w którego skład wchodził Piotr Kozieradzki był Riverside, grupa będąca spełnieniem jego marzeń: Jest to mój pierwszy zespół, w którym czuję, że żyję. Jest w nim wszystko czego mi brakowało w poprzednich bandach. Fajna muzyka, klimat, ludzie i zaangażowanie nie tylko mojej osoby.

Zmiana stylistyki siłą rzeczy zmieniła styl gry Mittloffa. W progresywnym zespole nie ma już miejsca na tempo i agresje charakteryzujące death metal. Kozieradzki wyraźnie zwolnił, postawił na technikę i bardziej zróżnicowane emocje, co nie znaczy jednak, że pozbył się wszystkich metalowych naleciałości. Nie było takiej potrzeby, gdyż styl gry byłego perkusisty Hate i Domain doskonale pasował do nieco progmetalowego brzmienia Riverside. Przemiana służyła Mittloffowi, który w jednym z wywiadów miał powiedzieć: dopiero teraz zacząłem naprawdę grać.

W 2002 roku Kozieradzki, Grudziński, Duda i Melnicki już pod szyldem Riverside wykonali pierwsze poważne ruchy. Dwukrotnie wystąpili na żywo ze swoim autorskim repertuarem, a w październiku weszli do studia by zarejestrować promocyjne demo. W studiu zeszło im do marca, a wynik tamtej sesji mocno poruszył muzycznym światkiem.

Riverside PROMODemo zatytułowane "Riverside" było zwiastunem przyszłych sukcesów warszawskiego kwartetu. Na płytce znalazło się pięć kompozycji – "The Same River", "Out Of Myself", "Reality Dream", "Loosing Heart" i "The Curtain Falls". Pod tymi pięcioma tytułami krył się przekrój pierwszych, ale już wtedy niemałych możliwości nowego składu. Riverside zakreślił szerokie, dźwiękowe terytorium, dając słuchaczom jasno do zrozumienia, jakiej muzyki można spodziewać się po grupie. Wskazał fascynację, a zarazem dał nadzieję, że będzie poszukiwał innowacji i własnego stylu.

Trzysta egzemplarzy dema rozeszło się w bardzo szybkim tempie. Zespół rozesłał je rozgłośniom radiowym, wytwórniom fonograficznym, a największą część rozdał znajomym i słuchaczom przybyłym na wiosenny koncert w klubie "Kopalnia", w marcu 2003 roku. Dalej uruchomiła się tzw. poczta pantoflowa, demo zaczęło się rozmnażać dzięki domowym nagrywarkom i zataczać coraz szersze kręgi. Popyt na muzykę grupy był coraz większy, pojawiła się potrzeba nagrania pełnowymiarowego albumu.

O nowym, dobrze zapowiadającym się zespole, mówiło się coraz częściej i głośniej. Jako jeden z pierwszych na Riverside poznał się portal Metal Center, na którego "łamach" pojawiła się recenzja dema, w której autor pisał: Jeśli o tej płycie nie będzie głośno także poza granicami naszego kraju, to bardzo się zdziwię... I chcę tego więcej! Taka muzyka uzależnia. Sam zespół z kolei mógł być pewien, że istnieje zapotrzebowanie na rockową muzykę z klimatem i metalowym zacięciem. Trzeba więc było wrócić do komponowania, a następnie do studia by nagrać długą płytę, oficjalny debiut.

Mimo, że zespół miał gotowych sześć utworów (pięć umieszczonych na demie i "Reality Dream II") prawie czterdzieści pięć minut muzyki, praca nad pełnowymiarowym debiutem wcale nie była łatwa i na krążek przyszło poczekać aż do grudnia 2003 roku. Już wtedy było widać, że tylko trzech muzyków jest w pełni zaangażowanych w prace grupy. Klawiszowiec Jacek Melnicki nie mógł poświęcić zespołowi wystarczającej ilości czasu i stało się jasne, że niebawem w szeregach zespołu zajdą pierwsze zmiany personalne.

Out Of MyselfNagrań udało się dokonać w starym składzie, ale w nowym studiu pod okiem Roberta i Magdy Srzednickich, którzy na nowo zmiksowali także utwory z demówki. Nowe kompozycje "I Believe", "In Two Minds", i "Ok" stonowały i nieco wyciszyły album, ukazując delikatniejszą, bardziej akustyczną twarz Riverside. Debiutancka płyta zatytułowana ostatecznie "Out Of Myself" decyzją Mariusz Dudy, autora wszystkich tekstów, została koncept albumem.

The Same River – znakomite otwarcie. Charakterystyczna, klimatyczna art rockowa suita, rozwijająca się powoli, ale konsekwentnie, jakby z premedytacją budując hipnotyczny nastrój. Sporo tu zmian nastroju, są pierwsze popisy Grudzińskiego na gitarze i Kozieradzkiego na bębnach. Znakomitą robotę zrobił tu także Jacek Melnicki na klawiszach. No i wreszcie piękny wokal Mariusza Dudy, który już niedługo miał zawładnąć tysiącami par uszu. Utwór liczy sobie dwanaście minut, ale tyle w nim emocji i różnych melodyczno – rytmicznych pomysłów, że nie ma tu mowy o rozwleczeniu

Out Of Myself – rzecz nieporównywalnie krótsza, niespełna czterominutowa, zbudowana na prostym, ale znakomitym riffie. Otwiera ją wkręcający wers szeptany przez Dudę ("voices in my head"). Wychodzą tu progmetalowe fascynacje grupy

I Believe – to spokojna, balladowa strona zespołu. Melodię prowadzi gitara akustyczna w rękach Dudy i jego głos. Zespół przearanżuje ten kawałek na potrzeby koncertów

Reality Dream – kontrast do poprzedniej kompozycji. To Riverside demoniczne, instrumentalne. Utwór otwiera minutowa porcja niepokojących, psychodelicznych dźwięków, po której następuje szybka zagrywka klawisza. Mamy tu mocny, gęsty dźwięk basu i kapitalne solo gitarowe Grudzińskiego. Zdecydowanie rejony progmetalu

Loose Heart – singiel. Na demie jako "Loosing Hart". Krótsza bardziej piosenkowe forma. Kompozycje zaczyna przyjemnym, melodyjnym riffem gitary Piotr Grudziński, a kończy krzykiem Duda i mocnym uderzeniem Kozieradzki.

Reality Dream II – druga część "snu na jawie". Otwiera ją Mittloff charakterystyczną zagrywką na bębnach. Demoniczna końcówka za sprawą powtarzanego, nerwowego motywu

In Two Minds – powrót balladowego, melodyjnego Riverside. Na pierwszym planie głos Mariusza brzmiący podniośle na ładnym klawiszowym tle

The Curtain Falls – osiem minut. Na początek ładna melodia, a później hipnotyzująca, pulsująca basem Dudy część instrumentalna. Obok "The Same River" chyba najciekawsza kompozycja na krążku, ukazująca całą gamę możliwości i nastrojów zespołu

OK – album zdecydowanie wycisza się na koniec. To najspokojniejsza, snująca się dźwiękiem puzonu ballada. Kończy ją króciutka, "ukryta" wokaliza.

 

"Out Of Myself" zaskoczył dojrzałością i konsekwencją. Fakt, członkowie Riverside pracując nad tym materiałem nie byli nowicjuszami, ale należy pamiętać, że tylko Mariusz Duda wcześniej poruszał się po terenach art rockowych i progresywnych. "Out Of Myself" w pewnym sensie był więc debiutem dla Kozieradzkiego, Grudzińskiego i Melnickiego. Mimo to album jest dojrzały i wręcz zadziwiająco konsekwentny. To nie jest zbiór przypadkowych kompozycji, ten krążek od pierwszych do ostatnich sekund opowiada jedną historię, zarówno w sferze muzycznej jak i słownej.

Tekstowy koncept wymyślił Mariusz Duda. Jego historia opowiada o zmaganiach człowieka, niepowodzeniu i próbie powrotu do życia między ludźmi. "The Same River" jak mówi sam tytuł jest próbą powrotu, wejścia do tej samej rzeki. W ostatnim kawałku "OK" bohater w pewnym sensie godzi się ze sobą. Duda wskazuje tutaj na fragment tekstu: there's sadness in my mind, ok, który jest deklaracją, pogodzeniem się z własnym smutkiem.

O ile nad tekstową konsekwencją mógł spokojnie, świadomie panować autor słów, o tyle nad konsekwencją muzyczną musiał pracować cały zespół, a osiągnięcie zamierzonego celu wcale nie musiało się udać. Co innego napisać osiem dobrych utworów, a co innego sprawić by pasowały one do siebie jak rozdzielone części jednej opowieści. Riverside dokonał tego, mimo że jako zespół ci czterej panowie pracowali ze sobą zaledwie od kilkunastu miesięcy.

Niewątpliwym sukcesem było także okiełznanie muzycznych inspiracji, które choć słyszalne na "Out Of Myself" nie są na tyle nachalne, żeby można było posądzić Riverside o wtórność. W recenzjach siłą rzeczy pojawiały się odniesienia do Pink Floyd, Porcupine Tree, Anathemy, Marillion, a nawet do Dream Theater, Tool czy Pain Of Salvation. Wszystkie te nazwy są mniej lub bardziej na miejscu w przypadku porównań do Riverside, ale najważniejsze jest to, że warszawski kwartet od samego początku dążył do wypracowania własnego brzmienia i stylu.

Słuchając "Out Of Myself" trudno nie uwierzyć w słowa Mariusza Dudy, który powiedział dziennikarzowi Mystic Art: na samym początku założyliśmy, że odejdziemy od pewnych utartych schematów. Że zostawimy w spokoju inspiracje zespołami, którymi zachłystuje się każdy, kto próbuje grać rock progresywny. I mimo, że w innym wywiadzie mówił o "The Same River": to takie puszczenie oka do słuchacza. Wiemy, że gramy coś, co już kiedyś było – to i tak jest to na tyle subtelne, że słucha się tego z niekłamaną przyjemnością.

Przyjęcie krążka na rynku przeszło chyba wszelkie oczekiwania. Album sprzedawał się dobrze jak na niszowy gatunek, a recenzenci pisali prawie wyłącznie w samych superlatywach. Recenzent "Rzeczpospolitej" krzyczał w swoim tekście: rock progresywny żyje! mamy znakomity polski debiut. Dalej dostrzegał różnorodne możliwości zespołu: Riverside potrafi zagrać znakomitą balladę ("I Believe"), ostry, mocno zrytmizowany kawałek w stylu Dream Theater ("Out of Myself" czy "Reality Dream") czy rozbudowaną, opartą na znakomitej melodii kompozycję ("The Curtain Falls")". Nie wyłamał się także dziennikarz "Teraz Rock" przyznając "Out Of Myself" notę cztery w pięciostopniowej skali i pisząc: mamy tu do czynienia z dość obiecującą propozycją muzyczną, na pewno atrakcyjną dla fanów rocka spod znaku Pink Floyd czy Porcupine Tree. Pozytywnych recenzji, od tych mówiących raczej o nadziei, aż po te wystawiające zespół na artystyczne szczyty, było więcej. Bez wątpienia można było mówić o sukcesie.

Muzycy dobrze wiedzieli, że największy promocyjny potencjał tkwi w koncertach, ale z planowaniem trasy należało trochę poczekać, zważywszy, że zaraz po wydaniu "Out Of Myself" szeregi grupy postanowił opuścić klawiszowiec.

Jacek Melnicki w 1999 roku założył studio nagraniowe DBX i mimo niezłych perspektyw rysujących się przed Riverside to właśnie sprawne funkcjonowanie studia pozostawało dla Melnickiego sprawą priorytetową. Grupa z kolei wymagała coraz więcej czasu i zaangażowania. Sprawiedliwe, zadowalające wszystkich podzielenie czasu między studio, a zespół było już niemożliwe. Należało znaleźć następcę. Vacat na stanowisku klawiszowca został szybko zapełniony młodym, utalentowanym Michałem Łapajem.

Klawiszowiec bardzo szybko zaaklimatyzował się w Riverside, choć jak sam przyznawał początkowo był sceptycznie nastawiony: Kiedy dostałem płytę od Grudnia z propozycją grania pomyślałem: kolejny projekt, następna grupa kolesi z 'wielkimi' ambicjami i ekstra pomysłami na przyszłość. Jednak po przesłuchaniu albumu nawet się nie zastanawiałem, po prostu musiałem być w tym składzie.

Zmiana składu odbyła się płynnie. Michał okazał się być właściwą osobą na właściwym miejscu. Młody, bez tak dużego doświadczenia jak Grudzień, czy Mittloff, za to głodny sukcesu, pełen wiary w muzykę i oczywiście niezmiernie utalentowany. Za sobą miał naukę gry na flecie poprzecznym i pobyt w Instytucie Szkolenia Organistów. Od najwcześniejszych lat lubił muzykę, której nie brakowało w jego rodzinnym domu. Najbardziej pociągały go klawisze. Wśród ulubionych artystów wymienił Genesis, Yes, Deep Purple, a na pierwszym miejscu, jako swojego mentora, umieścił klawiszowca Jona Lorda, któremu ponoć zawdzięcza swoją miłość do klawiatury.

Michał szybko przekonał się, że Riverside to droga na szczyt. Już zawartość "Out Of Myself", płyty którą dostał na zachętę od Grudnia, zrobiła na nim spore wrażenie, a kiedy podczas prób okazało się, że między nim a zespołem odpowiednio zaiskrzyło przyznał szczęśliwy: Nareszcie mam Zespół, w którym naprawdę jest zajebiście! Nie jestem tu długo, mimo to mam wrażenie jakbym grał z nimi kilka ładnych lat. Riverside to cel moich odwiecznych poszukiwań. Rzeka pomysłów, z której wyławiam dźwięki cieszące moją duszę. Moje miejsce w muzyce.

Nowy klawiszowiec szybko zapoznał się z materiałem i grupa już na początku marca 2004 mogła zagrać pierwsze koncerty. Podczas dwóch wieczorów w warszawskiej Progresji koncert Riverside zobaczyło ponad pięćset osób, co na warunki klubowe jest wynikiem bardzo dobrym. O jednym z marcowych występów pisał sprawozdawca rockmetal.pl: tak niezwykłego koncertu chyba nikt się nie spodziewał. Za sprawą czterech muzyków w klubie popłynęły niesamowite, przepiękne, niekiedy dość stonowane dźwięki, w które muzycy wkładają całe swe serce – ta muzyka to prawdziwa poezja, u której podstaw leży twórczość Pink Floyd, Marillion, Porcupine Tree i niektórych zespołów progmetalowych. Fantastyczne muzyczne pejzaże, genialne, różnorodne klawisze i cudowne partie gitar – po prostu brak mi słów, to było coś niesamowitego. Oczywiście publiczność niezwykle ciepło przyjęła Riverside nie szczędząc oklasków i skandowania.

Kolejny koncert odbył się 27 marca we wrocławskim klubie Kolor. Stolica Dolnego Śląska od tamtego wieczoru stała się na długi czas drugim domem warszawskiego kwartetu. Przyjęcie przez liczną publiczność było bardzo dobre. Tak pisała o tamtym wieczorze recenzentka portalu artrock.pl: Reakcja na pierwszy kawałek znacznie przerosła moje oczekiwania. Euforia. Skandowanie nazwy zespołu. I tak było już do samego końca – niezależnie od tego, czy grali materiał z "Out Of Myself", czy też nowe kompozycje. Spora część publiki znała teksty i śpiewała razem z Mariuszem – że wspomnę chociażby singlowy "Loose Heart" czy utwór tytułowy z debiutanckiego albumu.

Riverside promował "Out Of Myself" dwiema ogólnopolskimi trasami koncertowymi pod szyldem "Progressive Tour". Pierwsza miała miejsce wiosną, druga jesienią 2004 roku. W sumie zespół dał ponad dwadzieścia koncertów w największych miastach, grając zwykle w małych klubach dla trzystu – czterystuosobowej widowni. To także był sukces, bo trzeba pamiętać, że rzadko który progresywny zespół w Polsce gra normalne, regularne trasy koncertowe. Nie lada wyróżnieniem był też wspólny występ z Anathemą w bydgoskiej Kuźni.

Wrocław był jednym z miast, które gościło warszawski kwartet zarówno w maju, jak i w październiku. Szczególnie jesienny koncert był wyjątkowy pod względem atmosfery. Publiczności, szczelnie wypełniającej klub Diabolique, tak podobała się muzyka Riverside, że czterokrotnie wywołano grupę na bis. Duda, Kozieradzki, Grudziński i Łapaj grali ponad półtorej godziny, aż w pewnym momencie najzwyczajniej w świecie skończył im się repertuar. Jako czwarty bis zespół wykonał więc, po raz drugi, utwór "Out Of Myself". Warto wspomnieć także, że grupa oprócz własnego materiału wykonywała cover "Radioactive Toy" Porcupine Tree.

Od początku wiadomo było, że Riverside jeśli chce przetrwać musi zainteresować sobą także rynki zachodnioeuropejskie i amerykański. Na polskim rynku muzycznym nawet najlepszy i najbardziej lubiany zespół grający taką muzykę może nie przetrwać. Mniej więcej dziewięć miesięcy po polskiej premierze, 21 września 2004 roku nakładem firmy Lasers Edge "Out Of Myself" ukazał się na całym świecie. Pozytywne recenzje w prasie zagranicznej zachęciły zespół do zorganizowania wiosną 2005 roku małej trasy koncertowej poza granicami kraju.

Pierwotnie planowano drugi album na pierwszy kwartał 2005 roku. Niestety, rzeczywistość nie była tak łaskawa. Zespół potrzebował więcej czasu na przygotowanie materiału. Muzycy wiedzieli jak wysoko zawiesili sobie poprzeczkę debiutem. Następca "Out Of Myself" nie dość, że musiał być równie dobry, powinien być inny niż debiut, żeby grupa nie została oskarżona o odcinanie kuponów od udanego startu. W międzyczasie Mariusz Duda wpadł na pomysł, żeby pociągnąć historię opowiadaną na "Out Of Myself". Usłyszeliśmy zatem pierwsze deklaracje – drugi album miał pokazać mocniejszą muzycznie twarz zespołu i być tekstową kontynuacją konceptu z pierwszej płyty (docelowo miała to być trylogia "Reality Dream"). Premierę przewidziano dopiero na jesień 2005 roku.

Maurycy Nowakowski

(W tekście wykorzystane zostały fragmenty wywiadów, relacji i recenzji pochodzących z następujących gazet, pism i portali: "Teraz Rock", "Metal Hammer", "Rzeczpospolita", "Mystic Art.", artrock.pl, rockmetal.pl, onet.pl, interia.pl, riversideband.pl, Metal Center, rockella.pl, rockarea.eu oraz rockaxxess.com)