onet.pl

- W ostatnich latach śmierć pojawiła się w moim życiu w dosyć brutalny sposób. Jakby chciała powiedzieć "No to teraz zobacz jak to jest naprawdę" - mówi wokalista Riverside. Na zawsze zapamięta moment, kiedy dowiedział się o śmierci Piotra Grudzińskiego, gitarzysty zespołu. - W środku nocy rozdzwoniły się telefony. Potem były już tylko łzy. Nie wiedzieliśmy, czy będziemy kontynuować karierę - mówi Mariusz Duda. - W 2014 roku straciłem bliskiego mi przyjaciela, napisałem dla niego utwór. Rok później umiera Piotr i wszyscy cytują ten tekst - wspomina muzyk. 21 października ukazał się album "Eye of the Soundscape", z ostatnimi partiami "Grudnia". Lider Riverside o śmierci, przyjaźni i świecie jedynaka.

Przemysław Bollin: Przypomniałem sobie wczoraj wasz album "Second Life Syndrome". Tytuł i treść brzmią niepokojąco aktualnie.

Mariusz Duda: "Second Life Syndrome" byłby dobrym tytułem naszej przyszłej płyty, ale nagraliśmy ją już 11 lat temu. Niedawno, myśląc o rozpoczęciu nowego rozdziału, przyszło mi na myśl, czy nie nagrać części drugiej. Ale to byłoby zbyt proste. W każdym razie pasowałoby, bo bardzo dużo rzeczy się w moim życiu ostatnio zmieniło i przede mną nowe otwarcie. Dobre słowa i dobry tytuł płyty przywołałeś. Właśnie wróciłem z próby przez naszym lutowym koncertem [pierwszym po śmierci Piotra Grudzińskiego - przy. autora], i postanowiliśmy, że utwór "Second Life Syndrome" zagramy w całości. Taka decyzja dziś zapadła.

Nick Cave w "One More Time With Feeling", dokumencie powstałym po tragicznej śmierci jego syna, mówi, że jego teksty okazały się być proroctwem. Myślałeś w tym kontekście o "Second Life Syndrome"?

Nie ukrywam, że nie słuchałem tej płyty po tragicznych wydarzeniach, związanych z odejściem Piotra. Nie słuchałem jej od bardzo dawna. Z reguły nie mam w zwyczaju słuchać swojej muzyki, po jej ukończeniu. Nie patrzę wstecz. Zajmuję się głównie nowymi rzeczami i planami na przyszłość.

Nie podejrzewam cię o megalomanię, pytam w kontekście wspólnej muzyki, którą tworzyłeś z Piotrem i sentymentalnego powrotu do niej.

Jestem z natury melancholikiem, fascynuje mnie mroczna strona ludzkiej duszy, fascynują mnie marzenia senne, fascynuje mnie to co jest głębiej niż sen, czyli smierć. Większość moich piosenek dotyczy samotności, walki z nią lub całkowitym jej poddaniem. Trylogia "Reality Dream" związana jest ze śmiercią. Lunatic Soul [projekt solowy] jest jej dedykowany. Nic dziwnego, że kiedy dotyka nas tragedia i odejście bliskich, większość tej muzyki staje się bardziej aktualna, bardziej przemawiająca, pojawia się ból, tęsknota, samotność, teksty zaczynają być bardziej zrozumiałe, muzyka bardziej pasuje.

W ostatnich latach śmierć pojawiła się jednak w moim życiu w dosyć brutalny sposób. Jakby chciała powiedzieć "No to teraz zobacz jak to jest naprawdę". W 2014 straciłem bliskiego mi przyjaciela i napisałem dla niego utwór "Towards the Blue Horizon" na płytę "Love, Fear and the Time Machine". Rok później umiera Piotr i wszyscy cytują ten tekst, bo jest w nim zawarta informacja, że on grał na gitarze ["Where are you now my friend? I miss those days. I hope they take good care. Of you there. And you can still play the guitar. And sing your songs"]. Zadają pytanie, co się stało, czyżbym to przewidział?. Nie, utwór był dedykowany dla mojego przyjaciela Grzegorza, który też grał na gitarze. Niestety pewne rzeczy lubią się kumulować, zwłaszcza te najgorsze i tekst piosenki rok później znowu był aktualny. Ale to nie koniec. Trzy miesiące później umarł mój ojciec. Ledwo zacząłem wracać do normalności i znowu cios. Mam nadzieję, że ta zła passa się uspokoi, ostatnie dwa lata wydrążyły mnie psychicznie. Śmierć Grudnia i mojego ojca wydarzyła się praktycznie po sobie w okresie trzech miesięcy. Zachwiała tym rokiem. Nie czułem więc potrzeby przywoływania wspomnień muzycznych i oddawania się nostalgii. Skoncentrowałem się na realizowaniu założonych planów, układaniu nowych i przede wszystkim na przetrwaniu. "Towards the Blue Horizon" chcę jednak odbierać jak utwór dający siłę i przywołujący dobre wspomnienia. I mam nadzieję, że nie tylko ja będę tak to odbierał.

Twój głos i gitara Piotra dobrze razem brzmiały. To nie zdarza się często.

To była kwestia naszych charakterów. Żaden z nas nie chciał być ponad drugim. Ja nie miałem nigdy wielkich aspiracji wokalnych, Piotrek nie chciał dominować swoim instrumentem w kompozycjach. Pod tym względem bardzo się uzupełnialiśmy. Zresztą cały zespół Riverside miał na tym polegać - na znalezieniu złotego środka i na nie dominowaniu. Jedyna dominacją był fakt, że to ja wymyślałem te historie i koncepty, ale mimo, że komponowałem większość materiału, zawsze robiłem to z myślą o poszczególnych członkach zespołu, z naciskiem na odzwierciedlenie charakteru każdego z nas, a nie tylko mojego.

Słuchając nowego albumu zwróciłem uwagę na tytułowy "Eye of the Soundscape". Jest w nim coś nienachalnego, jak utwory z "Up" Petera Gabriela.

Tutaj też nie chodziło o dominację i przytłoczenie dźwiękami tylko o wypełnienie nimi przestrzeni. To ostatnia kompozycja do której swoje partie dograł Piotr... (po chwili) Chciałem stworzyć utwór pozbawiony tonacji i melodii. Michał z Grudniem pięknie to oddali. Na początku jest tu swobodna improwizacja, potem rozwinięcie i uspokojenie, potem trzecia część, taka najbardziej kolorowa i najbardziej przejmująca, z ostatnimi dźwiękami nagranymi przez Grudnia. Kompozycje nielinearne, takie gdzie nie podążasz za melodiami, gdzie nie ma konkretnej konstrukcji zostawiają dużo miejsca na własną interpretację. Wywołują w głowie obrazy. Wywołują odpowiedni nastrój. Taki miał być ten ostatni utwór. Pamietam, że podczas ostatecznych miksów, już po pogrzebie Piotrka, bardzo ciężko było go wysłuchać bez wzruszenia. Utwór tytułowy na tej płycie to bomba emocjonalna.

Miałem skojarzenie ze wschodem słońca.

To dobre skojarzenie. "Soundscape" to przecież "krajobraz dźwiękowy". Kojarzący się z horyzontem i przestrzenią wokół, ze wschodem i zachodem słońca, z przemijaniem. Każdy z tych utworów ma w sobie taka refleksję.

Opublikowaliście oświadczenie, że Riverside będzie grało nadal, ale bez nowego gitarzysty. Partie Piotra na żywo będą wykonywali zaprzyjaźnieni z wami muzycy. Wasi fani chętnie wypowiadali się w tej sprawie.

Nasi fani przede wszystkim dali nam niesamowite wsparcie w tych trudnych chwilach. Zarówno w lutym jak i teraz kiedy ogłosiliśmy swoją decyzję na temat naszej przyszłości. Bardzo wiele osób się zaangażowało. Stworzyliśmy jedną wielką rodzinę i każdy z nas stracił Grudnia. Może dlatego poparcie było tak duże i fakt, że zostajemy we trzech było dla większości najlepszą decyzją z możliwych. Wciąż jesteśmy jak rodzina.

Wcześniej zastanawialiście się nad zatrudnieniem nowego gitarzysty?

Nie. To było wiadome, że jeśli będziemy kontynuowali naszą podróż, to tylko jako trio, żadnych castingów. Tak samo jednogłośnie odwołaliśmy wszystkie koncerty do końca roku. Jeśli pojawi się ktoś w przyszłości, to tylko wtedy jeśli będzie między nami odpowiednia więź emocjonalna. Ona jest ważniejsza niż umiejętności techniczne, popularność czy marketing.

Pamiętasz swoje pierwsze spotkanie z Piotrem?

Spotkaliśmy się na pierwszej wspólnej próbie Riverside 15 lat temu. Przyszedłem do sali i spotkałem jakichś wielkich kolesi z dziwnym wyrazem twarzy. Byłem trochę wystraszony (śmiech). Dopiero jak zaczęliśmy grać, to wszystko się zmieniło. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Z Piotrem jesteśmy z tego samego rocznika, obaj jedynacy. Słuchaliśmy tej samej muzyki, mieliśmy te same "podjarki". Szybko się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Przyjechałem do Warszawy z Węgorzewa. Początki były ciężkie. Chciałem grać, ale nie wiedziałem z kim. Kiedy na siebie natrafiliśmy zdałem sobie sprawę, że mimo potencjału muzycznego kompletnie nie wiem o czym oni rozmawiają. Nikogo nie znałem w warszawskim środowisku muzycznym, nie wiedziałem co się dzieje. A tutaj każdy z każdym jadł i pił; ten nagrał płytę z tym, tamten z tamtym. Mitloff [P. Kozieradzki] z Grudniem [P. Grudziński] non-stop rzucali jakimiś nazwiskami, a ja nie wiedziałem o co chodzi. Grudzień widział, że jestem z innej bajki. Bardzo mi pomógł się w tym trochę odnaleźć. Wprowadził mnie do tego świata.

Ceniłeś go jako gitarzystę?

Tak. Ceniłem jego brzmienie i styl. Lubiłem jego charakterystyczne "zawodzenie" i granie długimi dźwiękami. Na początku brakowało mi w jego grze finezji w graniu rytmicznym, solówki grał fajne, ale z riffami było już gorzej. Ale z roku na rok grał coraz lepiej i tutaj. Widziałem, że bardzo chce podnosić swoje umiejętności i rzeczywiście pracował nad sobą pod każdym względem. Był przede wszystkim skromnym człowiekiem i miał w sobie dużo pokory, to słychać było w jego grze. Czasami przesadzał mówiąc, że czuje się bardziej grajkiem niż gitarzystą. Wiedziałem o co mu chodzi. O niuanse. Ale naprawdę z roku na rok wszystko się u niego poprawiało. W ostatnich latach jego gra nabrała już odpowiedniej płynności, dźwięki jeszcze bardziej się zaokrągliły. Cały czas się rozwijał. Na ostatnim albumie zagrał swoje najlepsze partie. Na jego grę przekładało się też to, że był bardzo rodzinny, czym również mi imponował. Był bardzo ciepłym człowiekiem, do którego ludzie lgnęli i chcieli się przytulać. Ten jego ostatni design, z tą brodą, to był strzał w dziesiątkę. (śmiech)

Pomagałeś mu?

On pomagał mnie. Przede wszystkim wspierał mnie zawsze w moich wizjach i szedł za mną w ogień. Kiedy pędziłem na złamanie karku z coraz to nowymi pomysłami, on łapał mnie za szelki i mówił - spokojnie, nie gońmy tak. Każdy z nas w zespole ma swoje plusy i minusy, każdy z nas na jedno potrzebuje mniej czasu na co innego więcej. Tutaj każdy z nas się uzupełniał i wzajemnie sobie pomagał. Mnie przede wszystkim zawsze najbardziej zależało na komponowaniu spójnych i oryginalnych albumów, które należy słuchać od początku do końca, w całości. Na tyle na ile mogłem zawsze pomagałem każdemu z nas się w tym odnaleźć. Odnaleźć tak, by moja wizja płyty i indywidualne podejście do każdego instrumentu było satysfakcjonujące dla obu stron. Czasami trzeba było iść na kompromisy, odpuszczać, ale na tym właśnie polega granie w zespole.

W jednym z wywiadów opublikowanym przed wydaniem ostatniej części trylogii, mówiłeś, że czujesz się zmęczony tematem, ale wiesz, że musisz to doprowadzić do końca. Jak w takich chwilach zachowywał się zespół?

Nagrywanie "Love, Fear" nie należało do najprzyjemniejszych. Miałem na swoich barkach dosyć spore obciążenie. Ale zespół wspierał. Tak jak zwykle. Jak komponowaliśmy razem to komponowaliśmy razem. Jak trafiał się kryzys i to czy tamto przestawało się kleić, to przejmowałem inicjatywę i rozdawałem karty i zespół wciąż wspierał. Wiesz, ja zawsze wyznawałem jedną zasadę - jeśli jakiś pomył nie spodoba się chociaż jednej osobie, to znaczy, że nie jest wystarczająco dobry. Dzięki temu każdy z nas mimo wszystko decydował o ostatecznym kształcie utworu. Największą ilością pomysłów zasypywałem głównie ja, być może dlatego w pewnym momencie oficjalnie stałem się liderem tego zespołu, ale nigdy nie chciałem wychodzić przed szereg. Pomysł na Riverside opierał się właśnie na wzajemnym uzupełnianiu.

A jak lider nie miał pomysłu?

Zabrzmi to trochę nieskromnie, ale jeszcze nigdy nie było takiej sytuacji. Widzę po sobie, że czasem nawet za bardzo gnam do przodu. Dlatego między innymi stworzyłem Lunatic Soul, żeby spożytkować tę energię.

Jak wyglądałaby płyta "Eye of the Soundscape", gdyby Piotr siedział tu z nami?

Tak jak teraz. Zabrakło mu dosłownie kilku dni, żeby dograć partie do "Shine", więc sam musiałem zagrać na wszystkich gitarach. Wizja nie zmieniła się dlatego, że zawsze dbam o nasz plan działań przynajmniej na dwa lata do przodu. Ze względu artystycznych i logistycznych. To co się wydarzyło nie zatrzymało nas. Zgodnie z planem wydaliśmy płytę 5.1, skończyliśmy pracę nad biografią, ukazało się "Eye of the Soundscape". Niedługo ukaże się poboczny projekt rockowy, już pracuje nad nowym Lunatic Soul. Wszystko kręci się jak w maszynie. "Eye of the Soundcape" wygląda dokładnie tak jak miało wyglądać. Żałuję, że Grudzień nie był w stanie doczekać jego premiery. Bardzo mu na tej płycie zależało.

Jak się dowiedziałeś o jego śmierci?

W środku nocy rozdzwoniły się telefony. Potem były już tylko łzy.

Jak to jest, że śmierć, której dotąd nie znałeś, była głównym tematem twoich utworów?

W Lunatic Soul - owszem. W Riverside raczej nie pisze o śmierci, bardziej o samotności. Tak jak wspomniałem wcześniej - fascynacja młodości. Mrok zawsze był dla mnie pociągający, w najróżniejszych wydaniach. W pewnym momencie jednak przytłoczył. Teraz uczę się żyć doceniając właśnie życie, a nie śmierć. Może to starość, może to mądrość. Na pewno wiem już, co teraz jest dla mnie ważne. Ale wcześniej musiałem przejść długą drogę.

Byłeś samotnym jedynakiem?

Tak mi się zawsze wydawało, ale moja mama ostatnio wyprowadziła mnie z tego błędu, przypominając, że przecież non stop bawiłem się z innymi na podwórku. Na przykład zapraszałem do siebie dzieciaki i robiłem im przedstawienia kukiełkowe. Lubiłem takie rzeczy. W Węgorzewie byłem instruktorem kulturalnym, uczyłem młodzież gry na gitarze, miałem zespół teatralny. Kontakt z drugim człowiekiem był non-stop. Nie czułem się samotny. Ale lubiłem w samotności wymyślać swoje historie. Mój pierwszy instrument, to były klawisze - możliwość komponowania samemu bardzo mnie kręciła. Siedziałem po nocach i nagrywałem swoją muzykę na Grundiga, w mono, a potem robiłem okładki, pisałem czasy. Ale dużo czasu spędzałem też rysując komiksy Jedni w wieku 15-16 lat chodzili na piwo i dyskoteki, a ja - słuchając jednocześnie masę muzyki - siedziałem nad tymi komiksami, co później okazywało się niezłym wabikiem na potencjalne damy, którym bezwzględnie łamałem serca (śmiech). To nie było tak, że byłem samotnym jedynakiem z wyboru. Muzyka i komiksy, tworzenie własnych historii, zajmowały po prostu bardzo dużo czasu. W tym pokoju siedzę do dzisiaj. To mój świat. W Riverside miałem to szczęście, że spotkałem ludzi, którzy mi na to pozwolili. W zespołach ludzie się kłócą, każdy chce być ważny, a tu mogłem realizować swoje plany, robić te kasety w mono i okładki. Chłopaki byli zadowoleni i ja się dobrze z tym czułem.

21 października ukazał się wasz nowy album "Eye of the Soundscape", ale to tylko jedna z wielu dobrych informacji.

To był trudny czas, ale ponieważ odwołaliśmy koncerty i spędziłem dużo czasu w studiu nagraniowym udało mi się zrobić sporo rzeczy. Oprócz Riverside już nie długo na rynku pojawi się jeszcze jedna płyta, nagrana w trio z Maćkiem Mellerem [ex-gitarzysta Quidam] i Maćkiem Gołyźniakiem [perkusista Sorry Boys] pod szyldem Meller Gołyźniak Duda. Jakoś nie mieliśmy pomysłu na nazwę zespołu. Album ukaże się 18 listopada. A w przyszłym roku nowy Lunatic Soul. Później zapewne przymierzymy się do nowych utworów Riverside. Rzeka wciąż płynie. Może trochę bardziej pod górę, ale wciąż płynie. "Eye of the Soundscape" to nie koniec. To zamknięcie pewnego rozdziału, pięknego i takiego, który pozostanie z nami na zawsze, ale na pewno nie ostatniego.

Wywiadu udzielał

M.DUDA

Rozmawiał

Przemysław Bollin

Data

2016-10-28