LFatTM - onet.pl

Poprzednią płytą Riverside wszedł na Olimp dość szeroko, w ich przypadku, pojmowanej muzyki progresywnej. Nie tylko warszawianie na szczycie pozostali, lecz również dali nam przekonująco do zrozumienia, że mają jeszcze wiele ciekawego do powiedzenia. Co zapewne oznacza, że szybko ze szczytu nie zejdą.

Choć nie jestem i nie byłem fanem takiej muzyki, byłem pod ogromnym wrażeniem tego, co Riverside zrobił na "Shrine Of New Generation Slaves". Na pewno nie było to wyrachowane działanie, lecz potok wspaniałych idei, które kwartet ze stolicy przełożył na piosenki. Z naciskiem na słowo "piosenki". Przyznając albumowi numer pięć maksymalną ocenę, napisałem między innymi: "Nie ma na »Shrine Of New Generation Slaves« słabej kompozycji. Jest masa pięknego grania, różnobarwnych emocji. Jest wyczucie, erudycja, doświadczenie, ale nie rutyna". Cytuję samego siebie z prostego powodu – zdania te mogę przepisać słowo w słowo, odnosząc je do "Love, Fear And The Time Machine".

Czy to znaczy, że mamy do czynienia tylko z liftingiem pomysłów? Czy Riverside poszedł ścieżką, która wyniosła go na szczyty, delikatnie zmiatając z niej kurz, który zebrał się przez kilkanaście miesięcy? Nie. Uważnie śledziłem przedpremierowe zapowiedzi i wypowiedzi Mariusza Dudy. Basista i wokalista mówił między innymi, że nie będzie tak wyraźnych nawiązań do lat 70., jak na poprzednim materiale i że więcej usłyszymy wpływów kolejnej dekady, bliskiej mu z powodu dorastania w niej i kształtowania muzycznej świadomości. Faktycznie tak jest. Echa SBB, Jethro Tull, Deep Purple, Rainbow, pojawiające się na "Piosenkach", tu już z taką oczywistością zauważalne nie są (aczkolwiek otwierający płytę "Lost" to bardziej lata 70. niż 80.). Prędzej zdarzy się usłyszeć echa The Cure albo Marillion z czasów Fishowych, zahaczenia o Fates Warning, Queensryche, czy nawet wczesny Dream Theater (np. w "Towards The Blue Horizon") oraz mnóstwo pięknych ilustracji muzycznych. Podskórne życie wiedzione pod wokalem Dudy przez klawisze oraz gitarę jest wielce interesujące i przebiega praktycznie w każdej piosence. Brzmieniowo jest bardziej współcześnie niż na płycie sprzed ponad dwóch lat. Przyniosła ona numer "Celebrity Touch", mający przebojowy potencjał. Jest coś na kształt przeboju także na "Love, Fear And The Time Machine". To kawałek "Discard Your Fear" z zapamiętywanym refrenem, świetnym, mrucząco-klawiszowym początkiem oraz wyraźnie wyeksponowanym basem.

Riverside stał się jak dobrze zarządzane przedsiębiorstwo, w którym każdy wie, co robić, w którym dobry pomysł umieją zamienić na dobrą sztukę, a członkami zarządu wciąż kieruje pasja tworzenia, nie wyłącznie maksymalizacja zysku (mam nadzieję, że gdzieś na świecie takie firmy istnieją). Choć zapewne i ten już jest wymierny. I oby był jak największy. Riverside sposobem budowania swojej drogi do celu i "sprzedawania" swojej sztuki, zasługuje na wszelkie zaszczyty w skali światowej. Nie wątpię, że niebawem się one posypią. W tym graniu w tej chwili chyba nikt na świecie im nie podskoczy. Raz już siebie cytowałem, zacytuję znowu: "Bardzo nisko pochylam czoło, wyrażając tym samym wielkie uznanie".

Publikacja

2015-09-03

Autor

Lesław Dutkowski

Ocena

8.5/10