EOTS - muzycznyzbawicielswiata.blogspot.com

Takie płyty odbiera się i ocenia dużo trudniej niż „zwykłe” wydawnictwa. Z wielu powodów. Po pierwsze Eye of the Soundscape to w dużej mierze album składankowy, choć przecież nie jest to płyta z cyklu „greatest hits” ani „the best of”. Zebranie w jednym miejscu coraz liczniejszych eksperymentów Riverside z brzmieniami ambientowymi i elektronicznymi było nieuniknione, bo ta twarz grupy stawała się z biegiem lat coraz popularniejsza. W dodatku niezwykle ważnym elementem całości jest solidna porcja nowej muzyki w podobnym klimacie, wymieszanej z utworami dobrze znanymi większości fanów. Jest też oczywiście czynnik emocjonalny. Nie da się przecież podejść bez emocji do płyty, w nagraniu której uczestniczyła osoba, która nie doczekała jej premiery. Osoba, która jeszcze kilka dni przed swoją śmiercią nagrywała to, co słyszymy na albumie. To potężny ładunek emocji dla wszystkich osób jakkolwiek związanych z zespołem. Tyle, że płyta Eye of the Soundscape robi wielkie wrażenie nawet, gdy jakimś cudem zapomnimy o całej otoczce związanej z nagrywaniem i wydaniem tego albumu. W tym przypadku muzyka broni się w stu procentach sama.

Niewątpliwie najważniejszą częścią tego wydawnictwa są cztery całkiem nowe kompozycje trwające w sumie 34 minuty. To efekt ostatniej sesji nagraniowej Riverside z Piotrem Grudzińskim, któremu ten album naturalnie jest dedykowany. Where the River Flows otwiera całość i kapitalnie wprowadza w ten spokojny, mocno tajemniczy klimat delikatnej elektroniki wymieszanej ze schowanymi tu trochę elementami bardziej rockowymi. Na początku mamy nieco post-apokaliptyczny klimat ze świetnymi dźwiękami tła. Po kilku minutach wchodzi mocniejsze tempo i trochę „kosmosu” dźwiękowego i przenosimy się w rejony ewidentnie inspirowane muzyką elektroniczną poprzednich dekad. Nic w tym dziwnego, różni członkowie zespołu od lat nie kryli swoich fascynacji choćby twórczością Tangerine Dream. Dynamiczne Sleepwalkers idealnie pasowałoby na moją ulubioną płytę Lunatic Soul – Walking on a Flashlight Beam. Chłodne brzmienie, tajemniczy klimat, mocny rytm, świetna elektroniczna podbitka, kapitalny, choć prosty główny motyw klawiszowy i uzupełniające to wszystko brzmienia gitary elektrycznej. Taki klimat to także nie nowość na wydawnictwach Riverside – znamy go choćby z sesji do Rapid Eye Movement, a konkretnie z singli i rozszerzonego wydania tamtego albumu, ale o tym za chwilę. Jeszcze większe wrażenie zrobiły jednak na mnie dwie pozostałe kompozycje. Shine z miejsca usadawia się wygodnie w towarzystwie najlepszych utworów w dorobku tego zespołu. Jest intrygująco, porywająco wręcz – główny motyw natychmiast wpada w ucho, a aranżacja oraz drugi i trzeci plan sprawiają, że z każdym odsłuchem odkrywa się w tym kawałku coś nowego. To naturalny kandydat na utwór promujący płytę, nic więc dziwnego, że właśnie do tej kompozycji powstał teledysk.

Utwór tytułowy, który zamyka całość, to kompozycja, jakiej ten zespół wcześniej nie nagrywał. Delikatny ambient, przy którym nie da się nie odpłynąć. Niemal 12 minut fantastycznych, kojących dźwięków, które idealnie sprawdzają się na zamknięcie tego wydawnictwa. Znacie płytę Made in Heaven grupy Queen? Tam na końcu wydania kompaktowego zespół umieścił coś, co nieoficjalnie nazwano Track 13. Kilka zapętlonych nut z jednego z utworów, które później przechodzą w ponad 20 minut delikatnych ambientowych plam dźwiękowych, chwilami ledwo słyszalnych. Różne były interpretacje dotyczące umieszczenia przez grupę takiego eksperymentu na końcu „pośmiertnego” albumu. Dla niektórych fanów była to ścieżka dźwiękowa do podróży wokalisty grupy w zaświaty lub jak kto woli „do nieba”. W przypadku Eye of the Soundscape mam podobne skojarzenia (którym sprzyja jeszcze grafika zdobiąca okładkę wydawnictwa – tradycyjnie autorstwa mistrza Travisa Smitha), choć oczywiście jest to pewna świadoma nadinterpretacja z mojej strony, której sprzyjają niestety smutne okoliczności. Kiedy odrzucimy wszelkie nadinterpretacje, zostaje nam po prostu znakomity numer, idealny na wyciszenie i wieńczenie tego typu płyty.

Te 34 minuty same w sobie tworzyłyby kapitalną całość, bezsprzecznie wartą zakupu. Ale jest tu jeszcze ponad godzina materiału nieco starszego, znanego już z poprzednich wydawnictw, ale raczej najwierniejszym fanom zespołu, bo utwory te dostępne były na droższych, rozszerzonych wersjach ostatnich płyt Riverside. Okres Shrine of the New Generation Slaves reprezentują nocne sesje – dwie rozbudowane, klimatyczne kompozycje z udziałem saksofonu w jednej z nich. Poprzednia płyta grupy – Love, Fear and the Time Machine – pojawia się tu za sprawą serii przeważnie nieco krótszych instrumentalnych numerów określanych jako dzienne sesje. Najciekawszym elementem tej części wydawnictwa są jednak dwie kompozycje z czasów Rapid Eye Movement – utwór tytułowy oraz Rainbow Trip. Obie zaprezentowane w nieco odświeżonych wersjach, zremiksowanych specjalnie na potrzeby tego albumu. Pierwsza z nich to jedyny numer na Eye of the Soundscape, który doczekał się swego czasu wykonań koncertowych, bardzo zresztą udanych. Zadziwiające jest to, że mimo tego pół-składankowego charakteru Eye of the Soundscape, płyty te zupełnie nie brzmią jak składak. Co więcej – zupełnie nie odczuwa się tego, że całość trwa ponad 100 minut. Płyty dłuższe niż godzina zazwyczaj w pewnym momencie zaczynają mnie nudzić. Z Eye of the Soundscape nie usunąłbym ani sekundy. Na pewno spora w tym zasługa charakteru tej muzyki. Może ona z powodzeniem pełnić funkcję łagodnych dźwięków w tle, towarzyszących innym czynnościom. Najwięcej wrażeń przynosi jednak wtedy, gdy poświecimy jej całkowicie swoją uwagę, a o to nietrudno, bo tak znakomitych dźwięków chce się słuchać bez końca. To na pewno jedna z najbardziej uzależniających płyt, jakie usłyszycie w tym roku.

Płyta Eye of the Soundscape miała być zamknięciem pewnego rozdziału w historii grupy. I jest – w sposób dużo bardziej brutalny, niż ktokolwiek mógł przewidzieć. Jednak czysto muzycznie jest to po prostu dowód na to, jak wszechstronnym i wielowymiarowym zespołem jest Riverside. To, co do tej pory było ciekawostką dla najwierniejszych fanów, tu stało się głównym elementem nowego wydawnictwa, dzięki czemu ten odcień twórczości grupy ma szansę trafić do znacznie szerszego grona odbiorców. Czy jest to też zapowiedź nowego głównego nurtu w twórczości zespołu? Na razie zostańmy przy tym, że jest to podsumowanie tego, co do tej pory było w pewnym sensie dodatkiem i ciekawostką. Podsumowanie na najwyższym możliwym poziomie.

Publikacja

2016-10-19

Autor

Jakub "Bizon" Michalski

Ocena

brak